środa, 1 października 2014

Rozdział 25: -"Na końcu wszystko będzie dobrze."


~***~
Obudziłam się...
Moją pierwszą myślą było to, że czuję się jak gówno. Tak po prostu.
Mimo że już nie spałam, to byłam na tyle zmęczona, że nie byłam w stanie nawet otworzyć oczu.
W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie, kiedy zdążyłam zasnąć. Nie przypominałam sobie choćby sytuacji, kiedy kładłabym się spać. W sumie kiedy tylko próbowałam przywrócić jakiekolwiek wspomnienie, które pomoże mi w odszyfrowaniu tego gdzie jestem, jak zasnęłam i co się ze mną działo, to od razu czułam przejmujący ból, kołatający się po czaszce.
Dopiero wtedy to poczułam. Ten zapach. Jego zapach. Zapach Luke'a.
Byłam tak skupiona na tym, że nie mogę się na niczym skupić, że ten fakt kompletnie mnie nie ruszył.
Otworzyłam oczy nasilającym tym samym ból głowy. Rozejrzałam się na leżąco, ale jak wiadomo nie byłam w stanie dostrzec niczego poza białym sufitem.
Przełknęłam ślinę i uświadomiłam sobie, że jestem strasznie spragniona. Paliło mnie gardło, a ciało wręcz było pozbawione życiodajnych płynów, przez co nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Nawet nie wiedziałam co było powodem mojego odwodnienia. Po kilku sekundach moje oczy wbrew mnie ponownie spowiły się ciemnością.
Zaczęłam niespokojnie oddychać, z każdą chwilą coraz bardziej potrzebując czegokolwiek, co mogłoby zgasić ten żar w moich ustach. Potrzebowałam także informacji, których nie mogłam uzyskać nawet od siebie samej.
Wtedy usłyszałam cichutkie skrzypnięcie drzwi. Ktoś kto je otworzył, prawdopodobnie nie chciał, by wydały z siebie taki dźwięk, ponieważ od razu usłyszałam wiązankę przekleństw wydobywających się z czyjegoś męskiego gardła.
W myślach prychnęłam.
To nie był ktoś, to był Luke.
Nie pozwoliłam sobie udawać, że śpię. W sekundzie otworzyłam oczy napotykając spojrzenie blondyna palące moją skórę. Gwałtownie rzuciłam spojrzenie na moje ciało, nie zważając nawet na smutek widoczny w oczach chłopaka, chcąc się upewnić, że nie jestem naga. Na szczęście byłam przykryta ciepłą kołderką, ale po ruszeniu nogą nie poczułam materiału sukienki. To było niepokojące. Odchyliłam rąbek otulającego mnie materiału i zobaczyłam tylko biały koronkowy stanik i majtki do kompletu. To jedyne co miałam na sobie.
Oglądanie siebie przy Luke'u nie wydało mi się niestosowne. Kiedyś może i by tak było, ale nie teraz. Teraz byłam już inna. A to było oczywiste, że chcę sprawdzić, czy chłopak, u którego w domu wylądowałam z niewiadomych mi przyczyn przypadkiem mnie nie zgwałcił.
Ah! No tak, zapomniałam! Już jego kolega zdążył to zrobić...
-Dlaczego jestem pół naga?- zapytałam ja gdyby nigdy nic.
Chciałam by mój głos był ostry i pretensjonalny, ale przez to, że nie miałam w ustach nic będącego choćby wodą z kranu, moje gardło wydało z siebie jakiś niedźwiedzi, chrapliwy dźwięk.
-Nie chciałem, żeby ci się sukienka zniszczyła, więc ją zdjąłem – powiedział głosem pozbawionym emocji.
Chłopak nie podchodził do mnie bliżej kiedy tylko obdarzyłam go spojrzeniem, ale kiedy mi odpowiedział podszedł do łóżka, a że było okazałej wielkości usiadł na jego końcu. Mimo że znajdowałam się od niego z bezpiecznej odległości i leżałam na całkiem innej połowie łóżka to jednak odruchowo odsunęłam się jeszcze bardziej niemalże spadając na podłogę.
-Możesz wyjść? Chciałabym się ubrać – mruknęłam.
Wcześniejszego wieczoru rozebrał mnie do bielizny, a ja mimo to nie chciałam się przy nim ubrać... geniusz dnia.
-Zaczekaj. Chciałbym z tobą porozmawiać – odpowiedział po chwili, kiedy już myślałam, że bez słowa spełni moją prośbę.
-Później, please. Muszę się... ogarnąć – wychrypiałam.
Westchnął i spuścił wzrok.
-Jasne – wykrzywił się. -Wiesz gdzie jest łazienka. Na krześle masz moje dresy, jeśli byś chciała założyć coś wygodniejszego – odparł i rzucił spojrzenie na krzesło stojące przy łóżku i odwrócone do mnie przodem. Leżała na nim czarna koszulka i ciemno-szare spodnie dresowe.
Moje kąciki ust prawie wygięły się w uśmiechu, ale nie zrobiły tego, bo im na to nie pozwoliłam. Byłam silniejsza niż kiedyś i ku mojej uciesze nie okazywałam tak łatwo swoich słabości.
-Dzięki – bąknęłam czekając, aż Luke domyśli się, że już na niego czas.
Chłopak z początku się zawahał, ale ostatecznie wyszedł zrezygnowany nic nie mówiąc.
-Kretyn...- warknęłam, gdy opuścił pomieszczenie i zdjęłam z siebie kołdrę.
Jednak kiedy tylko wstałam cały gniew jakby wyparował. Nie miałam po prostu na niego siły. Zachwiałam się na jednej nodze, dopiero po chwili odzyskując równowagę. Zaczęło mi się niemiłosiernie kręcić w głowie, a suchość w ustach nie dawała o sobie zapomnieć.
Już miałam rzucić się na kran w łazience i wlać w siebie litr wody, kiedy dostrzegłam na szafce nocnej szklankę wody, butelkę z tą samą cieczą i malutki biały przedmiocik obok. Chwiejnym krokiem podeszłam do tych rzeczy i podniosłam tabletkę obracając ją kilka raz w dłoni. Nie byłam nawet pewna, czy faktycznie był na niej napis moich najlepszych środków przeciwbólowych, a nie przypadkiem nazwa jakiejś tabletki gwałtu, ale w tamtej chwili było mi tak wszystko jedno, że bez wahania wsadziłam sobie ją do buzi i popiłam całą zawartością szklaneczki, następnie odkręcając i opróżniając resztę wody znajdującą się w plastikowej butelce.
Odetchnęłam z ulgą kiedy moje pragnienie zostało zaspokojone. Czułam się jakbym miała kaca... co było prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że miałam jedną wielką lukę w pamięci. Cud, że Luke'a pamiętałam...
Westchnęłam i wyszłam z pokoju nie zważając na to, że jestem w samej bieliźnie, uprzednio zabierając z krzesełka ubrania Luke'a przyszykowane dla mnie.
Byłam nadzwyczaj obojętna na wszystko. Może dlatego że czułam się koszmarnie. Nawet nie miałam siły zrobić awantury Luke'owi o tą całą sytuację, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Teraz bardziej chciałam go wysłuchać i popatrzeć jak gangster od siedmiu boleści tłumaczy się przede mną i brakuje mu języka w gębie, na co miałam nadzieję. Choć z drugiej strony pragnęłam, żeby wyznał mi prawdę, dzięki której jakoś zmięknę i nie będę musiała dawać mu w tą jego pięk... pysk. Tak, w pysk.
Ogarnij się, Em...
Nawet nie zdążył przekazać mi słowa wyjaśnienia, a ja już miękłam... Żałosne. Nie wiedziałam, że jestem taka słaba.
Tuż po przekroczeniu progu łazienki przekręciłam zamek i pozbyłam się bielizny. Stanęłam przed lustrem i przeraziłam się.
Miałam podkrążone oczy, niewyspane spojrzenie, maskarę rozmazaną na policzkach i jedną wielką szopę na głowie. Najzabawniejsze było to, że było mi to stuprocentowo obojętne. Nie ubolewałam nad faktem, że Luke widział mnie w takim stanie. Wiedziałam, że nie mam co się łudzić, że i tak on ma mnie gdzieś i że nigdy nas status nie będzie inny, niż tylko „znajomi z widzenia”. Tylko nadal nie wiedziałam jak to się stało, że ponownie wylądowałam u niego w domu. Przez to miałam porządne wątpliwości co do tej jego obojętności...
Może dlatego poczułam ucisk w okolicy serca na myśl, że on nigdy nie będzie mój...
Pokręciłam głową i weszłam pod prysznic pozwalając chłodnej wodzie zmyć ze mnie ciężar moich sprzecznych myśli.
Po kilku minutach stania z delikatnie przymkniętymi powiekami zorientowałam się, że bezcelowo leję na siebie zimną wodę. Przekręciłam kurek w stronę czerwonej kreseczki, a woda w sekundzie stała się przyjemnie ciepła. Niestety kiedy z przyzwyczajenia sięgnęłam po mój ukochany żel pod prysznic, o zapachu Piňa Colady, moja ręka natrafiła na pustkę. Niechętnie otworzyłam oczy i przez wodę cieknącą po moich oczach niewyraźnie dostrzegłam męski żel stojący kawałek w prawo od miejsca, gdzie zazwyczaj stał ten mój. Miałam ochotę przewrócić poirytowana oczami, ale zamiast tego bez wahania sięgnęłam po mydło leżące obok. Nienawidziłam myć się tym detergentem, ponieważ przez niego moja skóra była niewyobrażalnie sucha. A uwierzcie mi, że przeszkadzałoby wam, kiedy wasza skóra wręcz zostawałaby na ubraniach, a zwłaszcza tych ciemnych.
Namydliłam ciało od razu spłukując je wodą, nie chcąc by kosmetyk znajdował się choć sekundę za długo na mojej skórze.
Jakaż była moja radość, kiedy zobaczyłam, że szampon do włosów Luke'a także ma męski zapach... Wtedy już nie wytrzymałam i wydałam z siebie zdenerwowany dźwięk.
-Ugh!
Zakręciłam wodę i przetarłam twarz dłońmi. Rozejrzałam się po łazience w poszukiwaniu czegoś innego. Na szczęście kolekcja kosmetyków blondyna nie składała się tylko i wyłącznie z pojedynczych sztuk detergentów do odpowiednich części ciała. Tylko wszystkie żele pod prysznic postanowił mieć  tylko o zapachach dla mężczyzn. Swoją drogą każdy z nich pachniał zniewalająco.
Sięgnęłam po pierwszy lepszy, jak się później okazało jabłkowy szampon do włosów. Pospiesznie wtarłam go w całą długość swoich włosów i spłukałam. Miałam nieodpartą ochotę jeszcze posiedzieć z kilka minut w łazience, oblewając swoje ciało falą ciepłej wody, ale nie byłam typem osoby, która zdecydowanie nadużywa czyjejś gościnności, więc kulturalnie zakręciłam kurek i wyjęłam z szafki jeden z czystych ręczników. Wiedziałam gdzie są. To oczywiste. W końcu spędziłam u Luke'a więcej niż jedną noc.
Wytarłam odrobinę swoje ciało, ale jak zawsze nie do końca, pozwalając kropelkom wody wchłonąć się i nawilżyć moją skórę. Nie miałam świeżej bielizny. Tylko to mnie martwiło. Nie miałam najmniejszej ochoty paradować przed chłopakiem bez majtek, czy stanika. Co to, to nie. Założyłam to co miałam i narzuciłam na to koszulkę sięgającą mi ponad połowę uda. Spodni dresowych za długo na sobie nie 'pomiałam'. Jak szybko wciągnęłam je na nogi, tak szybko znalazły się na podłodze. Były o... dużo rozmiarów za duże. Owszem, w pasie mogłabym je zaciągnąć sznurkami, ale niestety takowych nie posiadały. Większy problem sprawiała mi długość materiału. Były ogromne. Luke miał przynajmniej z metr osiemdziesiąt, a może nawet dziewięćdziesiąt wzrostu. Przy nim moje marnym metr sześćdziesiąt cztery miało się nijak.
Włosy moczyły mi z każdej strony koszulkę, więc chcąc jak najszybciej je wysuszyć westchnęłam i niechętnie zdjęłam spodnie, upewniając się, że nie widać mi bez nich pupy. Otworzyłam drzwi.
A to uderzyło we mnie jak grom z jasnego nieba.

-Mel podaj mi błyszczyk. Leży gdzieś obok lokówki – proszę czerwonowłosą, która maluje sobie rzęsy.
Ja już jestem praktycznie gotowa. Muszę tylko zabrać jakąś torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami.
-No to co? Bawimy się! WOW!- sytuację uratował drący się Ash.
Wygląda jak najszczęśliwszą osobę na ziemi. Zapragnęłam by ktoś też kiedyś patrzył na mnie tak, jak on na Melanie...
Jednak tego wieczoru pozostało mi topienie smutków w alkoholu...
-Ash daj spokój. Nic między nami nigdy nie było i nie będzie. Ma mnie gdzieś, więc ja jego też. Nie będę się przed nim płaszczyć i pytać dlaczego tak się zachowuje, a jak się zachowuje to też pewnie wiesz od Mel...- mówię na jednym tchu.
-No coś tam wiem, ale chciałbym wiedzieć jak to wygląda z twojej perspektywy – mruży oczy.
-Normalnie. Jak już mówiłam, ma mnie w dupie, więc ja jego też. No jejku, pojmij to – wyrywam się i zaplatam dłonie na piersi, by zatrzymać przy sobie choć trochę ciepła.
-Jasne... Tylko ciekawy jestem dlaczego wpadł w taki szał, kiedy powiedziałem mu, ze zjebał sprawę i nie powinien pozwolić ci odejść... - udaje zamyślonego.
-Pierdol się, Ash! Pierdol się!- odpowiadam na jego zaczepkę, udając się w stronę drzwi.
Chłopak przystawia się do mnie od samego początku imprezy. Jak tylko wypijam za dużo i już nie zależy mi tak bardzo na tym, żeby nikt mnie nie obmacywał, ani się o mnie nie ocierał, typ uderza znowu. Najpierw razem tańczyliśmy. Bez zbędnych słów i komentarzy. Przenosił swoje dłonie z moich bioder na piersi i rytuał powtarzał jak mantrę. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz czerpałam z tego przyjemność.
Już parę godzin wcześniej zgubiłam Melanie. Nie dbałam o to co z nią. W sumie nawet nie dbałam o to co dzieje się ze mną.
Kiedy piosenka do której tańczyliśmy kończy się, brunet łapie mnie na rękę i zaczyna gdzieś ciągnąć. Rechotam jak żaba, pytając się go co sekundę, gdzie się wybieramy. Ten nie reaguje na moje słowa. Puszcza moją dłoń, przez co chwieję się porządnie, ale na szczęście nie upadam. Chłopak w jednej chwili majstruje coś przy miejscu z trunkami, a w drugiej ów trunek znajduje się w mojej dłoni. Bez zastanowienia wypijam całą zawartość tandetnego, plastikowego kubeczka.
Brunet coś do mnie mówi, ale przez muzykę nic nie słyszę. W odpowiedzi śmieję się w głos, sama nie wiedząc z czego.
Ponownie łapie mnie za rękę i zaczyna gdzieś prowadzić. Jest mi coraz bardziej słabo i niedobrze, ale mimo to dziarsko idę przed siebie ciągnięta donikąd.
Minutę później znajdujemy się w łazience. Chłopak zamyka drzwi upewniająco pociągając za klamkę i wręcz rzuca się na mnie, niczym wygłodniałe zwierze.
Śmieję się odpychając go od siebie.
-Co robisz?- pytam, kiedy ten moczy ustami moją szyję.
Nie odpowiada tylko zdejmuje spodnie. Znów chichotam. Podciąga moją sukienkę, dobierając mi się do majtek.
Wtedy słyszę jak ktoś kopie w drzwi. Potem ponownie, tym razem wyważając je. Zdezorientowana patrzę na napastnika, ale nie rozpoznaję jego twarzy. Śmieję się na jego widok, a wtedy urywa mi się film...

Obrazy przelatywały przez moją głowę niczym torpeda, nie dając mi się skupić na niczym konkretnym. Widziałam jednak dokładnie, że były to urywki różnych sytuacji, w tamtej chwili zlepionych w mojej głowie w całość.
Najbardziej uderzyła we mnie ostatnia „wizja”. Nie docierało do mnie, że to znowu mogło się stać. Starałam się przywołać twarz chłopaka, który wparował do łazienki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to był Luke...
Cała projekcja trwała zaledwie z pół minuty, aczkolwiek dla mnie była to cała wieczność. Serce biło mi jak oszalałe, było mi niemiłosiernie gorąco, a moja dezorientacja sięgnęła zenitu. Do tego ogarnął mnie strach.
-Luke!!!- wydarłam się najgłośniej jak mogłam, nabierając w płuca jak najwięcej powietrza, chcąc by chłopak usłyszał w moim głosie cały mój smutek, gniew i przerażenie, tym samym przeciągając głoskę „u”.
Nie minęło nawet kilka sekund, jak blondyn znalazł się przy mnie.
Oddychałam nierówno i głośno, a łzy zaczęły mi się zbierać w kącikach oczu.
-Co jest?- zapytał zdyszany i zdezorientowany, łapiąc mnie za nadgarstek.
-Proszę. Powiedz mi. Powiedz, że do niczego nie doszło. Błagam...- przy ostatnich słowach zniżyłam ton do szeptu.
Nie wiedziałam, co działo się kiedy odleciałam. Luke mógł nie powstrzymać chłopaka przed działaniem. On mógł się nie zabezpieczyć. W ogóle mogłam być w ciąży... A może między mną a Luke'iem do czegoś doszło...
Byłam naprawdę spanikowana. Głos mi drżał i posunęłam się nawet do tego, że aby poczuć się pewniej, położyłam dłoń na klatce piersiowej chłopaka.
Z początku jego twarz wyrażała tylko czystą dezorientację. Jednak po chwili jego wyraz złagodniał.
-Już cicho... Shhh... – odpowiedział mi blondyn, gładząc mnie po włosach i zamykając w objęciach.
-Błagam...- powtórzyłam, oddając się czynom chłopaka i ciężko oddychając.
-Nie. Nie doszło...- odpowiedział i delikatnie założył mi kosmyk mokrych włosów za ucho.
Nie wiedziałam, że ktoś taki jak on może być tak czuły, i że mogę się przy kimś takim czuć bezpieczna.
Zachlipiałam cichutko, zdając sobie sprawę z tego, że pozwoliłam łzom moczyć moją twarz. Już miałam je wytrzeć, kiedy zrobiła to za mnie inna dłoń. Silniejsza i większa. Poczułam przyjemne mrowienie w brzuchu.
Blondyn odsunął mnie niespodziewanie od siebie.
-Tylko nie płacz. Będzie dobrze, rozumiesz?- złapał moją twarz w dłonie, ocierając łzy, ale nawet kiedy już się ich pozbył, jego kciuki nadal pieściły moje policzki, uspokajając mnie.
Przekręciłam głowę na prawo i złapałam dłoń Luke'a przyciskając ją swoją jeszcze bardziej do policzka. Ciągle było mi go mało... Czułam się jak narkoman na odwyku. Zabrali mi prochy, a kiedy je zdobyłam nadal jest mi ich mało. Chcę więcej i więcej.
Luke był moim osobistym narkotykiem, moją własną odmianą heroiny.
Patrzył mi w oczy tymi niewyobrażalnie głębokimi błękitnymi tęczówkami, przepełnionymi emocjami, a ja przymknęłam powieki i ponownie załkałam.
-Nie... Nic nie będzie dobrze.
-”Na końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli tak nie jest, oznacza to, że to jeszcze nie koniec” - usłyszałam szept, tuż przy moim uchu.

_____________________________________________________________________
Ogromnie zdenerwował mnie fakt, że nikt nie uświadomił mi, ile rzeczy można zawalić w tydzień. Ale chyba właśnie sama to sobie uświadomiłam :)...
Zawaliłam i to po całej linii. Moje oceny już we wrześniu prezentują się... źle, bardzo delikatnie rzecz ujmując.
Mam zakaz na komputer, dlatego notka jest dodana... hmmm nielegalnie (?) i z małym opóźnieniem. Jak tylko będę miała dostęp do internetu i komputera to poprawię cały rozdział, aby prezentował się lepiej, ale na tą chwilę nie miałam serca już dłużej kazać wam czekać :)
Wybaczcie błędy i całą resztę moich głupot :)
Next może się znów troszkę opóźnić, ponieważ zawalam szkole i mam ogrom nauki :x
OGROMNIE DZIĘKUJĘ ZA AŻ 7 KOMENTARZY POD OSTATNIM ROZDZIAŁEM!
Matko aż się mordka cieszy! Nawet nie wiecie jaka to ogromna motywacja! ♥♥♥♥
+ dziękuję za takie kochane życzenia urodzinowe :* ♥
Kocham was bardzo, bardzo!


Ile komentarzy pociśniecie tym razem? :*

wtorek, 23 września 2014

Rozdział 24: Historia lubi się powtarzać.

*
Impreza trwała z najlepsze. Najdziwniejsze było to, że byłam prawie w stu procentach trzeźwa. Wypiłam co najwyżej kilka, przygotowanych przeze mnie, delikatnych drinków. Nie byłam nawet pewna, czy do każdego dodałam choć odrobinę wódki...
Mimo to bardzo dobrze się bawiłam. Nie musiałam być wcale pijana, żeby zaznać trochę szaleństwa i beztroski.
Za to Melanie dowaliła do pieca. Nie wiedziałam jak ona jeszcze trzyma się na nogach. Wlała w siebie istne hektolitry wódki. Drink, za drinkiem, szklanka, po szklance... I tak od dobrych dwóch godzin. Było dopiero po północy, a party dopiero zaczęło się rozkręcać. Podobała mi się idea zabawy do białego rana brana dosłownie.
Tańczyłam beztrosko na parkiecie, ruszając się rytmicznie do tempa muzyki, aż nagle poczułam czyjeś lepkie, spocone, aczkolwiek delikatne ręce na biodrach. Odwróciłam się chcąc sprawdzić do kogo należą, ale nie rozpoznałam twarzy chłopaka. Widać było jednak, że jest nawalony, spocony i gotowy na szybki numerek w toalecie.
Obrzuciłam go zniesmaczonym spojrzeniem i pozwoliłam sobie zostać porwana przez tłum, oddalając się od niego. Ludzie byli już nieźle wstawieni. Nawet do tego stopnia, że jakieś przystojniaki obmacywały jedne z brzydszych dziewczyn na imprezie. No chyba że mieli taki gust, to zwracam honor. Ale wątpliwe. Za ładni byli. Chociaż w sumie pokój, w którym była ta główna część imprezy był tak przepełniony, że każdy się o kogoś ocierał. Czy tego chciał, czy nie.
Dom Ashtona nie wydawał się i nie był duży, aczkolwiek ilość ludzi, która się w nim znajdowała, przekraczała przynajmniej 80 osób. Miałam nadzieję, że więcej już się tam nie zmieści, bo i tak dla takich osób jak ja, czyli w miarę trzeźwych, tak ograniczona ilość przestrzeni do tańca, nie była zbyt komfortowa.
Nagle mój wzrok napotkał Ashtona. Nie mogłam sobie odmówić wykorzystania dobrej sytuacji do porozmawiania z nim. Z nadzieją, że jest na tyle trzeźwy, by mógł ze mną normalnie porozmawiać, zaczęłam przeciskać się pomiędzy wszystkimi bawiącymi się, obściskującymi i tańczącymi ludźmi.
-Ash!- wrzasnęłam, starając się przekrzyczeć dudniącą muzykę.
Na szczęście chłopak usłyszał mnie i także zaczął zmierzać w moją stronę.
Kiwnął na mnie głową, na znak „co jest?”.
-Możemy porozmawiać?! Gdzieś w ciszy?- znów wrzasnęłam.
Do tej pory głośna muzyka mi nie przeszkadzała, ale wizja rozmowy, którą miałam przeprowadzić otrzeźwiła mnie do tego stopnia, że zaczęła mnie irytować.
 -Jasne!- odkrzyknął i położył mi rękę na plecach, w drugiej trzymając drinka w plastikowym kubeczku i zaczął prowadzić mnie ku wyjściu.
Kiedy odgłosy imprezy stały się do przekrzyknięcia, a raczej nawet można było przeprowadzić normalną konwersację między sobą, zatrzymaliśmy się. Było to akurat na tyłach domu, z dala od hałasu i napalonych typów.
-Chyba wiem, co chcesz powiedzieć - zaczął rozmowę, a następnie wypił zawartość kubeczka, później wyrzucając go gdzieś za siebie.
Następnego dnia czeka go niezłe sprzątanie, a on sam śmieci. Co za geniusz.
-No ja myślę... - rzuciłam oschle. -Więc? Co masz mi do powiedzenia?
-To ty chciałaś rozmawiać, ale jak już prawdopodobnie zmierzamy do tego samego, to... Chcę, żeby Melanie dowiedziała się co wydarzyło się tamtego dnia.
-Chciałam tego same... zaraz, CO?!- odparłam zdezorientowana.
-Nic przed nią nie ukrywam - rzuciłam mu jego ze spojrzeń, mówiące "Ale że jak to?". -Nie mam przed nią żadnych tajemnic. A już na pewno nie takich, dotyczących tego kim jestem. Wie kim jestem i kim jest Luke  - wytłumaczył. -Byłem pewny, że nie chcesz, żeby wiedziała, co się wydarzyło tamtego dnia, więc nic jej nie mówiłem, ale nie chcę jej okłamywać.To ty musisz jej powiedzieć.
Nogi się pode mną ugięły. Mój słuch praktycznie wyłączył się po słowach "Wie kim jestem i kim jest Luke"... Nie mogłam tego przyjąć do wiadomości.
Zachwiałam się na moich wysokich obcasach, ale w odpowiednim momencie ręka Ashton'a znalazła się pode mną i uchronił mnie przed upadkiem.
-Przepraszam... ja... Jak mogłeś? Jak mogłeś mi nie powiedzieć na początku?- poprawiłam kosmyki włosów, które przypadkiem wymsknęły mi się zza ucha, spadając mi na twarz i zmarszczyłam czoło, powstrzymując łzy.
Byłam zdezorientowana, ale równocześnie zła. Wyszłam na kłamczuchę, przed jedyną ważną dla mnie osobą.
-Nie było okazji, żeby porozmawiać. Kiedy pojawiła się Mel... wiedziałem, że osoba, o której mi opowiada to ty. Zna większość prawdy, ale pomijałem zawsze wątek o gwałcie. W sumie i tak zareagowałaś dość dobrze na to wszystko - zachichotał.
-Dobrze? Matko ludzie, którymi się otaczam mają coś wspólnego z gangiem. Zabijają! A ty mi mówisz, że dobrze zareagowałam, na wieść, że moja najlepsza i jedyna przyjaciółka ukrywała przede mną fakt, że o tym wie?! A co gdybym ja nie wiedziała?! Gdyby coś mi groziło?!- krzyknęłam i wyrwałam z jego uścisku.
-Nikogo nigdy nie zabiłem! Plus przecież sama masz z nami coś wspólnego, już nie zwalaj winy na Melanie. Nie chciała ci mówić, żeby cię chronić, podobnie jak ty ją. Wyluzuj. Prawdopodobnie Mel jest świadoma tego, że o nas wiesz, ale nie chciała się upewniać, żeby cię nie narażać, jeśli nic byś nie wiedziała - warknął.
Odetchnęłam głęboko. Miał rację. Miał tę cholerną rację. Też byłam winna. Tak naprawdę równie dobrze to Mel mogła być w niebezpieczeństwie, gdybym tylko ja wiedziała o gangu. Moja złość była bez sensu.
-Przepraszam... psuję ci tylko humor - skrzywiłam się.
-Nic się nie dzieje. Już mówiłem - masz prawo być zła. Ale obiecaj mi, że sobie to wyjaśnicie. Uwierz mi, nie jest łatwo tak ją oszukiwać i ciągle się tłumaczyć, kiedy coś mi się wymsknie. Nie chcę, żeby straciła do mnie zaufanie - wyznał patrząc mi w twarz, tymi świdrująco, denerwującymi, bursztynowymi oczami. Było je widać nawet pomimo pół mroku panującego na dworze.
Luke ma ładniejsze...
Miałam ochotę przybić sobie piątkę z własną twarzą na tę myśl. W mojej głowie był tylko ten pieprzony Luke. O tak, z pewnością już o nim zapominałam.
-Myślałam, że ona nic nie wie o tym co się wtedy stało... Powiedziałam jej, że porwali mnie, a mieszkałam u Luke'a, bo całkiem „przypadkiem” się o tym dowiedział i chciał mnie chronić ... - powiedziałam ignorując jego prośbę. Urwałam nie wiedząc jak kontynuować. -Kurwa ona wiedziała, że ją okłamuję... - westchnęłam i przygryzłam policzek od środka. -Ale na pewno nie ma pojęcia o tym, że mnie zgwałcili, prawda?
-Na pewno. Nawet nie musi. Już i tak... - machnął ręką urywając. -A zresztą nieważne. Po prostu musicie sobie wszystko wyjaśnić. Razem. Nie musisz jej nic mówić o gwałcie, jeśli nie chcesz. Ja tym bardziej się nie odezwę w tej sprawie. Tylko naprawdę musicie obie wyznać sobie prawdę.
-Dobra...- westchnęłam. Też miałam dość kłamstw. Zdecydowanie. -Wracajmy już. Muszę się napić...- odwróciłam się, zmierzając ku wejściu do domu.
-Zaczekaj - Ashton złapał mnie za łokieć, odwracając ku sobie.
Mruknęłam w odpowiedzi, patrząc na niego pytająco.
-Co jest między tobą, a Williamsem?- zapytał patrząc na mnie przenikliwie i nie dając mi szansy na ucieczkę.
-Luke? A co miałoby między nami być?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie, udając, że podziwiam gwiazdy. Że też tego dnia musiało być pochmurno...
-Nie rób sobie jaj. Mel mi powiedziała, że coś zjebał i się od niego wyprowadziłaś - zacieśnił uścisk na mojej ręce.
Nagle ogarnął mnie chłód nocy. Chyba już całkowicie wytrzeźwiałam z tej odrobiny alkoholu, którą miałam we krwi.
-Ash dał spokój. Nic między nami nigdy nie było i nie będzie. Ma mnie gdzieś, więc ja jego też. Nie będę się przed nim płaszczyć i pytać dlaczego zachowuje się jak... W sumie jak się zachowuje to też pewnie wiesz od Mel...- powiedziałam na jednym tchu.
-No coś tam wiem, ale chciałbym wiedzieć jak to wygląda z twojej perspektywy - zmrużył oczy.
-Normalnie. Jak już mówiłam, ma mnie w dupie, więc ja jego też. No jejku, pojmij to - wyrwałam się i zaplotłam dłonie na piersi, by zatrzymać przy sobie choć trochę ciepła.
-Jasne... Tylko ciekawy jestem dlaczego wpadł w taki szał, kiedy powiedziałem mu, ze zjebał sprawę i nie powinien pozwolić ci odejść... - udał zamyślonego. -Jeszcze zobaczysz, że będzie cię przepraszał.
-Pierdol się, Ash! Pierdol się!- odpowiedziałam na jego zaczepkę, udając się w stronę drzwi.
Miałam go serdecznie dość. Drążył coś, co było dla mnie zamkniętym tematem. I chciałam, żeby takim został. Nie ruszało mnie rozwodzenie się na temat tego, że Luke mógł coś do mnie czuć, a tylko chciał sprawiać wrażenie chuja po to, by nie pozwolić swoim uczuciom wyjść na jaw, co raz mu się zdarzyło. Albo chcesz być chujem, albo nie, proste. On wybrał te pierwszą opcję, musiał się liczyć, że są tego jakieś konsekwencje.
Hmmm...
Oszukiwałam samą siebie. Gdzieś w głębi cieszyłam się, że spodobałam się Lukowi. Że może jeszcze coś z tego będzie. Że przejrzy na oczy i przestanie myśleć, że uczucia to coś złego. Ale nie chciałam się do tego przyznać. Nie lubiłam tej głupiej nadziei, tego łudzenia się i czekania na coś, co nigdy nie nadejdzie. Już zbyt dużo poświęciłam i nie miałam zamiaru czekać na Luke'a. Potrzebowałam go... ale co z tego? Nigdy nie dostawałam tego co chciałam. Przyzwyczaiłam się.
Okłamywanie samej siebie wychodziło mi tak dobrze, że nawet nie zauważyłam, kiedy to w złości wypijałam kolejny kieliszek, wypełniony po brzegi czystą wódką...
Byłam zła. Ale z innego powodu. Byłam zła tylko i wyłącznie na siebie, za to, że dałam Lukowi powody, do traktowania mnie w taki sposób, w jaki to robił. Że nie zrobiłam czegoś, by móc go mieć...


*oczami Luke'a*

Byłem wściekły na Ashtona, że nie odzywał się do mnie przez tyle czasu, a dał znak życia dopiero wtedy, kiedy dowiedział się, że znowu coś zjebałem. Był ode mnie starszy, ale to nie robiło z niego moje ojca, który miał mi rozkazywać i mówić co i jak mam zrobić i uświadamiać co zrobiłem źle.
Zawsze sobie pomagaliśmy, ale... po tym co się wydarzyło, straciłem do niego zaufanie... choć w sumie wierzyłem mu, że Sam go pilnował. Może i był głupi, ale nie aż tak i na pewno nie był ślepy. Zawsze dbał o to, żeby nikt go nie złapał ani nie wydał. Ale... musiałem to chyba jakoś przetrawić, zanim podjąłem jakiekolwiek kroki.
Jednak po dłuższych namysłach stwierdziłem, że porządna impreza dobrze mi zrobi. Musiałem odpocząć od samego siebie. Upić się i zapomnieć. Zazwyczaj pomagało...
Tym sposobem zostałem wręcz porwany przez wszystkich ludzi, którzy znajdowali się w domu Ashton'a. Sporo znajomych twarzy, ale znajdowałem też jakichś nowych. Wszyscy byli już mocno wstawieni. To oczywiste, przyszedłem dopiero koło pierwszej. Nie chciałem napatoczyć się na trzeźwego Ash'a. Musiałem w końcu z nim porozmawiać, ale na pewno nie wtedy. Potrzebowałem przerwy. Do drzwi nawet nie zapukałem, więc większości nawaleńców moja obecność uszła uwadze.
Dostałem się w końcu do miejsca, gdzie znajdowała się forteca trunków. Zrobiłem sobie jakiegoś słabego drinka na rozgrzewkę i opróżniłem kubeczek do dna.
Posiedziałem chwilę na opustoszałej kanapie patrząc na wszystkich klejących się i obmacujących ludzi, popijając trunek. Nie brzydziło mnie to. Ja też kiedyś taki byłem. Przyciągałem większość dziewczyn. Nie przeszkadzał mi tytuł „łamacza serc”. Taki już byłem... a wszystko to poszło się jebać przez jedną dziewczynę... czułem się jak ksiądz na celibacie. Nie zaliczyłem żadnej dziewczyny od dawna, za co w sumie sam siebie podziwiałem. Nie wiedziałem nawet, że na tyle mnie stać.
Może dlatego że ta jedna, którą pragnąłem w ten inny sposób, stała się nieosiągalna.
Spieprzyłem.
Po dłuższej chwili stwierdziłem, że tak na trzeźwo strasznie mi się nudzi. I wtedy ją dostrzegłem.
Tańczyła na środku parkietu, kręcąc biodrami na prawo i lewo w rytm muzyki. Za nią stał jakiś facet i tańczył razem z nią, pozwalając sobie raz na jakiś czas położyć ręce na miejscu na jej ciele, za którego naruszenie miałem ochotę dać mu w pysk.
Była taka piękna. Uśmiechała się błogo, jakby zapomniała o całym tym gównie, które jej się przytrafiło. Wyglądała tak jak wtedy, gdy śpiewała w szkole. Była szczęśliwa. Beze mnie.
Wstałem z kanapy ruszając w kierunku pary, ale poczułem jak ktoś kładzie mi rękę na torsie.
Ashton.
-Wybacz stary, ale to już nie twoja działka - powiedział.
Rzuciłem mu spanikowane, przelotne spojrzenie i wróciłem do obserwowania Emily. Ale Ash miał rację, to już nie była moja sprawa. Nie miałem prawa ingerować w jej życie. Sam chciałem, żeby zniknęła, więc tak się stało...
Strzepnąłem rękę mojego przyjaciela i poszedłem w stronę mojego ukojenia. Czyli po prostu wódki.
Zostawiłem dziewczynę w spokoju, jednak obiecałem sobie, że będę miał na nią oko.
-Luke przestań już!- krzyknął. Muzyka go zagłuszała, a ja starałem się ignorować, jednak mimo to nie mogłem się powstrzymać przed odpowiedzeniem mu.
-Daj sobie spokój. Jest okay... - powiedziałem dość donoście, mając nadzieję, że blondyn nie dosłyszy.
-Serio?- odkrzyknął zdziwiony.
Jednak usłyszał. Niespodzianka.
Kiwnąłem głową z aprobatą, następnie upijając łyk drinka, którego na szybko sobie zrobiłem. Choć w sumie nie wiem czy można go było nazwać drinkiem, ponieważ 3/4 zawartości kubeczka, stanowiła wódka. Ale najważniejsze, że był dobry.
-Sztama?- zapytał podając mi rękę.
Uśmiechnąłem się, nie mając siły na dalsze spory z chłopakiem.
-Sztama - odpowiedziałem i podałem mu dłoń.
-Tylko to, że jest już okay nie zmienia faktu, że zjebałeś i będę ci to wypominał - wymierzył we mnie palec.
A ten znowu tylko o tym...
-Weź pod uwagę, że to ja powinienem być zły. Nie grab sobie - puściłam my oczko i odszedłem od niego, krzycząc tylko na odchodnym „baw się dobrze”. Zdziwił mnie fakt, że było tak późno, a on nie był nawalony. Był nie do poznania... Tyle się zmieniło przez ten czas, kiedy nie mieliśmy kontaktu...
Znów pochłonął mnie tłum, a ja już rozluźniony po kilku drinkach pozwoliłem sobie na odrobinę rozrywki...

*
Zabawa trwała w najlepsze... do czasu. Było już po trzeciej. Większość ludzi znajdujących się na imprezie już sobie poszło, ale zostało jeszcze koło 30, maksymalnie 40 osób. Co wcale nie czyniło imprezy nudną. Nadal się bawiłem. Najdziwniejsze było to, że nie byłem wstawiony. Może odrobinę. Na tyle, żeby móc wyluzować. Ale to nic w porównaniu z tym, co zawsze wyprawiałem. Naprawdę.
Odszedłem od dziewczyny, która zdecydowanie oczekiwała ode mnie czegoś, na co ja nie miałem ochoty. Rzuciła za mną wściekłe spojrzenie i zajęła się innym, będącym pod ręką chłopakiem. Już po chwili widziałem jak wychodzą z pomieszczenia.
Zabawne jakie dziewczyny potrafią być łatwe, a później narzekają, że faceci łamią im serca, albo zachodzą w niechcianą ciążę...
Już szedłem na poszukiwanie jakichś resztek czegokolwiek do picia, kiedy ktoś mocno uderzył mnie w ramię. Jakby... butem. Odwróciłem się gotów obić temu komuś ryj, kiedy spostrzegłem Ashton'a niosącego upitą prawie do nieprzytomności Melanie.
-Co jej się stało?!- krzyknąłem.
-Tak się nawaliła... Muszę się nią zająć. Pilnuj towarzystwa przez jakiś czas - polecił mi zdenerwowany i poprawił Melanie na rękach.
Wiedziałem, że jest zły na samego siebie, za to, że jej nie upilnował. Był typem chłopaka, który ma dobrego prawego sierpowego, ale także wrażliwcem, który nie da skrzywdzić dziewczyny. Nieważne czy ona coś dla niego znaczy, czy nie. A Mel zdecydowanie znaczyła.
-Jasne - zapewniłem i rozejrzałem się po salonie.
Nigdzie nie mogłem dostrzec Emily. Zaniepokoiło mnie to. Zacząłem wędrówkę po domu zaglądając w każdy kąt, ale nie było jej nigdzie. Niemożliwe było, żeby ot tak się ulotniła. Do tego pijana, co było widać po sposobie w jaki parę godzin wcześniej tańczyła.
Zgasiłem dudniąco-irytujacą muzykę. Zignorowałem pomruki niezadowolenia osób znajdujących się na parkiecie.
Wpadłem do kolejnego pokoju dostrzegając Ash'a pochylonego nad śpiącą już Melanie. Przykładał jej do czoła ręcznik, prawdopodobnie nasączony zimną wodą.
-Nie mogę nigdzie znaleźć Emily. Zniknęła - powiedziałem przestraszony, trzymając klamkę od drzwi i opierając się o nie odrobinę.
Nagle Mel niespokojnie poruszyła się w łóżku.
-Em... nie idź tam... nie... wracaj... Em - szeptała nic nie znaczące urywki zdań. Jednak tyle mi wystarczyło, by wiedzieć, że sytuacja może być poważna. Podobnie jak Ashton'owi, który rzucił mi szybkie przerażone spojrzenie.
Były dwie opcje - albo Melanie coś się pomyliło i po prostu sobie gadała, albo naprawdę Emily mogło coś grozić. A że byłem typem chłopaka, który wie, że liczą się nawet ułamki sekund, to w takowej sekundzie zatrzasnąłem drzwi i zacząłem biegać po domu jak opętany, szukając blondynki.
Znowu nigdzie nie mogłem jej odnaleźć. Już miałem wyjść na zewnątrz i tam rozpocząć śledztwo, kiedy chcąc otworzyć drzwi od łazienki, napotkałem przeszkodę. Mianowicie ktoś był w środku, a od wejścia do środka dzielił mnie przekręcony zamek.
Bez wahania i myślenia o konsekwencjach kopnąłem w drzwi raz, a następnie ponownie, aż wyleciały z hukiem z zawiasów. Wszedłem po drewnianym przedmiocie i aż zawrzało we mnie ze złości, po tym, co zobaczyłem w środku.
Jakiś chłopak stał ze spodniami obsuniętymi do kolan i właśnie przymierzał się do wejścia w moją Emily! Dziewczyna stała tuż przed nim uśmiechając się zalotnie. Gdyby nie ściana, o którą się opierała, to zapewne nie utrzymałaby się na nogach.
-Ty gnoju!- krzyknąłem wściekły z nadzieją, że jeszcze do niczego nie doszło. Nie mogłem tego określić. Stali odwróceni do mnie plecami.
Byłem od niego dużo wyższy, więc miałem przewagę. Kopnąłem go w plecy dokładnie tam samo, jak chwilę wcześniej drzwi, przez co runął na podłogę wykrzywiając się w bólu. Zauważyłem, że Em siedzi na podłodze i śmieje się sama do siebie, nie zwracając uwagi na mnie masakrującego jakiegoś typa. Chłopak zaczął kaszleć, a w niektórych miejscach po ciosach zostały ślady w postaci linii naznaczonych krwią. Po chwili zauważyłem jak dziewczyna bezwładnie opada na posadzkę. Nie zdążyłem uchronić jej przed upadkiem, ale na szczęście nie mogła sobie nic zrobić uderzając głową tak lekko.
Zadałem chłopakowi jeszcze kilka ciosów w brzuch, a następnie podniosłem z zimnej posadzki nieprzytomną Emily, tak jak podnosi się kawałki szkła - ostrożnie i delikatnie, jakby to ona mogła mi zrobić krzywdę mnie, a nie ja jej. Opatrzyłem jej głowę, chcąc upewnić się, czy wszystko z nią w porządku. Oddychała spokojnie i miarowo. Jakby wcale nie odleciała upojona alkoholem.
Tamtego dnia cieszyłem się, że jestem takim debilem, że na imprezę, na której miałem zamiar porządnie się najebać przyjechałem samochodem...
Mogłem się tylko domyślić jak bardzo Emily musiała się upić, żeby dopuścić do takiej sytuacji. Do tego ja jej na to pozwoliłem. Nie dopilnowałem, by nie stała jej się krzywda. Olałem i zająłem się sobą.
Znowu.
Historia lubi się powtarzać, co?
Chyba my dwoje znamy to lepiej niż ktokolwiek inny...
_______________________________________________________________________
Miało być wejście smoka, więc jest xD
ZJEBAAAAAŁAAAAM!...
Błagam, tylko nie mówcie mi, że znowu tak zwaliłam, że nic nie rozumiecie :xx
Rozdział w sumie mi się nie podoba :/ Nie wiedziałam jak się do niego zabrać, ponieważ wiele miałam wam tutaj wyjaśnić, a kiedy już miałam publikować rozdział, to zauważyłam, że schrzaniłam po całej linii tak ważny kawałem rozdziału, że wy byście mnie zabili, a ja podałabym wam broń! Naprawdę. Trzeba być mną. Takim oto sposobem rozdział się opóźnił o przynajmniej dwie godziny spędzone na poprawkach... 
Nie zdziwię się, jeśli wam też się nie spodoba, ale obiecuję, że się poprawię ^^
Kocham was :* 
Komentujcie.
Damy radę 5 komentarzy? Tak na urodzinki, które mam za dwa dni? :)





+ bałam się nacisnąć przycisk opublikuj przez jakiej 20 minut... chyba coś ogarniacie, plawda? :c

wtorek, 16 września 2014

Rozdział 23: Książę z bajki.

*
Wędrowałyśmy właśnie z Melanie galerią handlową, mijając przeróżne sklepy, z pięknymi kreacjami, ale zmierzałyśmy do jednego konkretnego – Twisted'a! Były tam przeróżne kostiumy na właśnie taką okazję, jaka miała być następnego dnia, czyli Halloween.
Znajdując się już na miejscu, Melanie zaczęła wybierać sobie odpowiedni strój. Uparła się na pielęgniarkę. Szukała czegoś odpowiedniego, ale po około siedmiu przymierzonych kostiumach, stwierdziła, że jednak nie tego potrzebuje. Ja tylko cierpliwie siedziałam na kanapie, tuż na wprost przymierzalni i komentowałam wygląd Mel w każdym z nich.
W końcu postanowiła, że chce seksowną wampirzycę. Zaczęła przebierać w kolejnych tonach materiałów, wiszących na wieszakach i nie znalazła kompletnie nic. Aż genialna ja, wpadła na genialny pomysł.
-A może by tak połączyć pielęgniarkę i wampira?- zaproponowałam znudzona.
Nie miałam żadnego pomysłu na strój dla mnie, więc przejrzałam tylko kilka alejek z ubraniami i ostatecznie odpuściłam.
-Wampirzyce!- poprawiła mnie Melanie z przymierzalni. -A w sumie to dobry pomysł – wyłoniła się zza zasłony w stroju pielęgniarki, który przed chwilą znalazła.
-No i dać tutaj... – wstałam oglądając jej strój i wskazałam miejsce po mojej lewej stronie, na biuście. -Odrobinę sztucznej krwi, plus jakieś kły, dobry makijaż i będzie świetnie!-uśmiechnęłam się zachęcająco, chcąc zachować się jak dobra przyjaciółka, a równocześnie jak najszybciej opuścić tamten sklep. Miałam wrażenie, że spędziłyśmy tam przynajmniej dwie godziny.
-W sumie...- czerwonowłosa przejrzała się w lustrze, wygładzając koniec szpitalnego fartucha, sięgającego jej zalotnie do połowy uda.
-Mówię ci, efekt będzie ekstra!- zapewniłam ją.
-No dobra. Bierzemy to – uśmiechnęła się podekscytowana, chowając się za zasłoną, a ja odetchnęłam z ulgą.

*
-Melanie, błagam cię. Nie wybiorę nic. Znajdę sobie jakąś starą kieckę, potnę ją i będę mumią, ale błagam, choćmy już stąd...- marudziłam powłócząc za sobą nogami.
-Nie!- odpowiedziała stanowczo, spoglądając na mnie surowym wzrokiem. -Masz się na coś zdecydować i pięknie wyglądać! Ja już tego dopilnuję! Mamy się bawić, pamiętasz?- załgodniała. -Chcę żebyś w końcu...
-...w końcu co?- zapytałam dociekliwie, mimo że czułam, że Melanie wypowiedziała o kilka słów więcej, niż miała zamiar.
-No wiesz... zaczęła się bawić... i... żyć pełnią życia – szepnęła nieśmiało.
-Dobra, już dobra... ale nie chcę żadnego kiczowatego kostiumu... wolę jaką sukienkę. Załóżmy... że będę księżniczką i tyle – wywróciłam oczami i pociągnęłam za sobą zawstydzoną Melanie, starając się równocześnie przekazać jej, że nie uraziła mnie w żaden sposób.
-Oki – odpowiedziała delikatnie i uśmiechnęła się.
-O. Mój. Boże!- pisnęłam oczarowana, kiedy tylko zrobiłam kilka kroków, a na horyzoncie ujrzałam najpiękniejszą sukienkę, jaką kirdykolwiek w życiu było mi dane ujrzeć. W głowie wręcz pojawiła mi się ta filmowa, irytująca melodyjka, a sukienka jakby stanęła w obłoku światła.
-Co jest?- zapytała Mel podążając za moim wzrokiem i marszcząc czoło. -Wow!
-Piękna, co nie?- powiedziałam opływając, a nogi same poniosły mnie w stronę sklepu, na którego wystawie znajdowała się tamta piękna sukienka. -Muszę ją mieć. Nie chcę nic innego – postanowiłam sobie.
-Nie pozwolę ci kupić nic innego!- zaśmiała się Mel i podreptała za mną.
Weszłyśmy do sklepu, o nazwie, której nie byłam w stanie wypowiedzieć, ani nawet przeczytać. Od razu owiał mnie przyjemny delikatny zapach jakichś perfum lub odświeżacza powietrza. Piękny i słodki. Zawładnęło mną przerażenie. Całe pomieszczenie było ogromne, naświetlone w każdym zakamarku, z białymi kafelkami na podłodze i o białych ścianach. Wszędzie coś się świeciło i błyszczało, ale jednak sklep sprawiał wrażenie zimnego i sztywnego. Co równało się z kolosalną ceną całego asortymentu. Nie miałam odwagi przyznać się Melanie, że nie mam na tyle pieniędzy, żeby kupić jakąś niebotycznie drogą kreację.
Dostałam przedwczesną wypłatę, opłaciłam co musiałam i pieniędzy nie zostało mi tak wiele. A musiałam z czegoś żyć.
-Mel... ja... - wahałam się.
-No chodź. Przymierz ją chociaż – chyba błędnie odczytała moje znaki.
-No wiem...- przyznałam i podeszłam do ekspedientki siedzącej za wysoką ladą.
-W czym mogę pomóc?- zadała firmowe pytanie, wstając.
-Chciałabym przymierzyć tamtą sukienkę z wystawy. Rozmiar 34.
-Oczywiście – kiwnęła głową i oddaliła się.
Rzuciłam Melanie rozbawione spojrzenie. Kobieta była młoda, przez trzydziestką, a może nawet ledwo po dwudziestce, a została tak wyszkolona, że zachowywała się jak czterdziestoletnia królowa. Jej ruchy były idealnie skoordynowane, wręcz z góry zaplanowane, twarz sztuczna, pokerowa, bez żadnych uczuć, blond włosy idealnie opanowane, wygładzone, spięte dużą spinką w koka z tyłu głowy, a ubranie przypominało szkolny mundurek – biała koszula, wciągnięta w ołówkową, niewyobrażalnie obcisłą, granatową spódnicę przed kolano, a do tego zwykłe lakierowane, niewysokie szpilki.
Po chwili blondynka wróciła i podała mi piękną kopię sukienki z manekina. Odnosiłam wrażenie, że zostało stworzona tylko dla mnie. Była idealna. Marzyłam o takiej od zawsze, ale nie miałam okazji do kupienia, ani założenia choćby podobnej.
-Dziękuję – posłałam kobiecie poważny uśmiech i oddaliłam się w stronę przymierzalni, równie sztywnym krokiem, co ona.
Kiedy znalazłyśmy się z Melanie odpowiednio daleko od niej, wybuchłyśmy niepohamowanym śmiechem.
-Idź ją już przymierz – pierwsza opanowała się czerwonowłosa.
-Idę, idę – wystawiłam jej język i zniknęłam za aksamitną, czerwoną płachtą materiału.
Zdjęłam z siebie ubrania i przeciągnęłam przez tułów sukienkę. Była bez ramiączek. Może i dodawało jej to uroku, ale nie sądziłam, że będzie jakoś leżała na moim bezbiustnym ciele. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy w odbiciu lustrzanym dostrzegłam nie siebie, lecz piękną, wyrafinowaną księżniczkę, którą miałam być następnego wieczoru i nawet nocy.
Otworzyłam usta ze zdziwienia i oniemienia.
Niepewnym, niezgrabnym krokiem wyszłam z przymierzalni, by pokazać się Melanie.
-O Matko!- wstała z puszystej pufy, na której siedziała i aż podskoczyła.
Nie odpowiedziałam, tylko zaczęłam przeglądać się w dużym lustrze obok mnie. Okręciłam się kilka razy wokół własnej osi, a sukienka przypominała wtedy otwarty pąk kwiatu. Była piękna. Niezaprzeczalnie piękna.
-Ty... wyglądasz... Wow!- skomentowała tylko czerwonowłosa i zaczęła oglądać mnie ze wszystkich stron. -Ty się nawet nie zastanawiaj, bierz ją!- nakazała i zaśmiała się.
Uśmiechnęłam się tylko delikatnie i założyłam kosmyk włosów za ucho.
-Nie wiem... nie wiem ile kosztuje – przyznałam, starając się nie doprowadzić moich policzków do stanu soczystego, dojrzałego pomidora.
-No tak... Pokaż ją.
Mel podeszła do mnie i zaczęłam wykręcać materiał na wszystkie możliwe kierunki, starając się dotrzeć do metki, która jej zdaniem znajdowała się w środku.
-Może ją zdejmę najpierw, co?- zaproponowałam.
-Niee... chyba już nie trzeba. Tutaj jest... - Melanie gniewnie cmoknęła i pokazała mi w lutrze metkę znajdującą się z tyłu pleców, na suwaku.
-Co za geniusz!- zaśmiałam się.
-Taa... Em?- czerwonowłosa widocznie się zaniepokoiła.
-Hmmm?- mruknęłam starając się dojrzeć jakimś cudem metkę.
-Ona kosztuje 60€*...- spojrzała na mnie wyczekująco.
-Umm...- zaniepokoiłam się i przełknęłam ślinę. -W takim razie niech będzie.
Zaczerpnęłam powietrza i przez chwilę go nie wypuszczałam. Wiedziałam, że to błąd tracić tyle na zwykłą sukienkę w mojej sytuacji materialnej. Potrzebne mi były także buty i torebka... no i może jakaś korona do kompletu. Ale w końcu raz się żyje, prawda? Nie miałam zamiaru opuścić tak epickiej imprezy z powodu głupich pieniędzy, a raczej mojej matki, która przez swoją ucieczkę mnie ich pozbawiła.
-Jej!- pisnęła Melanie, klaskając w dłonie
Takim oto sposobem, pozbyłam się ponad 130€ w jeden dzień. Brawo dla biedaka, który szasta kasą.

Po powrocie z centrum handlowego nie czułam ani nóg, ani stóp. Byłam głodna, wycieńczona i padałam na twarz. Ale za to miałam najpiękniejszą sukienkę na świecie!
Jednak bez zbędnych wstępów położyłam się spać.


~***~
Obudziło mnie burczenie mojego żołądka i prawdopodobnie deszcz niemiłosiernie dudniący o parapet za oknem i samą szybę. 
Otworzyłam leniwie oczy, przeciągnęłam się i ziewnęłam. Nie miałam najmniejszej ochoty wstawać. Marzyłam o tym, żeby pojawił się jakiś książę z bajki (tylko może bez białego konia, bo w domu, to nie bardzo) i podał mi pyszne śniadanie do łóżka.
Wtedy drzwi delikatnie się otworzyły i stanął w nich mój książę z drewnianą tacą w ręku. 
-Dzień dobry, kochanie – posłał mi jeden z tych najbardziej powalających na kolana uśmiechów. 
-Ooo! Jaki kochany!- podniosłam się na łokcie przyglądając się temu, co skrywała taca. 
-Dla ciebie zawsze.
Nagle przestałam być głodna, a deszcz przestał dla mnie istnieć. Czułam tylko motylki w brzuchu.
-Może jednak zajmiemy się najpierw czymś ciekawszym...- zaproponował zadziornie chłopak i odstawił moje śniadanie na stolik nocny.
-Mmm... – zamruczałam.
Blondyn nachylił się na łóżkiem, stając się coraz bliżej mojej twarzy...

I wtedy się obudziłam.
Mój brzuch nadal burczał, deszcz nadal padał, a mnie nadal nie chciało się wstawać. Podniosłam się na łokcie, a po chwili z hukiem z powrotem opadłam na łóżko. Czułam się jak po dobrej imprezie i na porządnym kacu... Zaczęłam się bać co będzie następnego ranka, po Halloween.
Przetarłam twarz dłońmi, chcąc w jakikolwiek pobudzić moją twarz do życia, ale po chwili zrobił to za mnie ktoś inny. Mianowicie dzwonek do drzwi, naciśnięty przez jakiegoś grubego, tłustego, obrzydliwego palucha, należącego zapewne do jakiegoś równie grubego, tłustego i obrzydliwego listonosza, uprzykrzającego mi życie od samego ranka.
Zwlekłam się z łóżka, a właściwie to można powiedzieć, że z niego spadłam i niczym zombie powędrowałam do drzwi. Omal nie stoczyłam się po schodach, nie walnęłam w ścianę i nie stłukłam wazonu, ale wreszcie dotarłam do celu. Namacałam zamek z zamkniętymi oczami, przekręciłam go, po czym pociągnęłam za klamkę.
-Czego?- warknęłam ziewając, z włosami na twarzy.
W oczy uderzyło mnie światło słoneczne, mimo że było delikatne, ponieważ niebo spowiły chmury burzowe. Nie mogłam nawet zobaczyć, kto postanowił mnie denerwować od rana, ponieważ nie byłam w stanie nawet uchylić powieki.
-Emily! Jest 16.30! Nie odbierasz, nie odpisujesz! Co jest?!- usłyszałam znajomy mi, dziewczęcy, piskliwy głosik.
-Mel?- zapytałam dla pewności.
-Nie, święty Mikołaj – powiedziała i mogłam przysiąc, że wywróciła oczami.
Poczułam, jak jakieś ciało przepycha się koło mnie, a następnie z wnętrza domu rozległ się delikatny stukot butów.
Postanowiłam w końcu „rozejrzeć się”, więc zamknęłam drzwi i powoli podniosłam powieki, mrugając nimi. W domu było w miarę jasno, ale w pierwszej chwili, moje oślepione oczy widziały przejmującą ciemność. Już myślałam, że oślepłam!
-Więc... co cię do mnie sprowadza?- ziewnęłam i dosłownie walnęłam się na kanapę.
-Chciałam sprawdzić, czy żyjesz, bo nie dajesz znaku życia od wczoraj – odpowiedziała i nadal stała w korytarzu.
-Ja widać... – znowu ziewnęłam. -... żyję. Mogę iść dalej spać?- zapytałam jak małe dziecko i zamknęłam oczy.
-Nie!- krzyknęła Melanie i chyba sama zaskoczona swoim podniesionym tonem odchrząknęła po chwili.
Nagle otrzeźwiałam. Otworzyłam oczy podnosząc się na łokcie i spojrzałam na czerwonowłosą marszcząc czoło znad kanapy.
-Coś się stało?- zapytałam.
-Nie... ja... tylko... nieważne – odpowiedziała chaotycznie, unikając mojego wzroku.
-Ważne – wstałam z kanapy. -Co jest?
-Po prostu... Ashton nie odzywa się do mnie od wczoraj i nawet nie odpisuje na SMS'y. Do tego ty też nie odpisywałaś, nie przyszłaś do pracy... no i wszyscy mnie tak dzisiaj ignorują...
-O Matko na śmierć zapomniałam!- zakłopotałam się.
Nawet nie przyszło mi do głowy, że będę spała tak długo, jak okazało, się, że spałam, więc nie widziałam większej potrzeby nastawiania budzika na południe.
-Przepraszam.
-Nic się nie stało, tylko... nie wiem... - zakłopotała się, a w jej oczach dostrzegłam lśniące się łzy.
-Oj kochanie... - podeszłam i przytuliłam ją. -Będzie dobrze. Przecież mówił ci, że ma jakieś sprawy do załatwienia w dzień i zobaczycie się dopiero wieczorem. Nic się nie dzieje, to nic nie znaczy. Będzie dobrze, zobaczysz. Nie masz się czym martwić – zaczęłyśmy się kołysać na boki.
-Tak myślisz? - wychlipiała.
-Oczywiście, że tak!- zapewniłam ją i zacieśniłam uścisk.
-Bo ja... - odsunęła się ode mnie. -Strasznie się zaangażowałam, bo... i nie wiem czy dobrze robię. Ja nie chcę się znowu rozczarować... on... Jest taki idealny... nie chcę żeby coś się schrzaniło. Bo ja jestem taka... a on taki... i on może nic do mnie nie...
Mówiła porozrywanymi wyrazami, motając się i dobierając słowa, a głos mocno jej drżał.
Rozumiałam ją. Ja za bardzo zaangażowałam się w... w sumie w nic. Za dużo sobie wyobrażałam po prostu. Moja nadzieja na coś, pojawiła się znikąd. Nie miała na niczym poparcia, dlatego wygasła. Nie miałam zbytnio powodów, to twierdzenia, że Luke coś do mnie czuje. Sama to sobie uroiłam, tylko przez moją osobistą potrzebę miłości i ciepła.
Nie wyszłam na tym zbyt dobrze.
-Będzie dobrze. Obiecuję ci to – uśmiechnęłam się pokrzepiająco.
-Dziękuję – pociągnęła nosem, ale jakimś cudem nie uroniła ani łzy.
-Proszę, słonko.
-Impreza zaczyna się o 22. – zaczęła nowy wątek. -Tylko nie wiem, czy powinnam tam iść... - zgromiłam ją wzrokiem, dając do zrozumienia, że musi iść -Jasne, jasne. Już nic nie mówię... ale jak już, to powinnyśmy się tam pojawić o 21.30, żeby jak coś to nie zbłaźnić się przed wszystkimi i wyjść od razu – powiedziała na jednym tchu, niewyobrażalnie szybko, przez co ledwo ją zrozumiałam.
-Mhm...- mruknęłam tylko wywracając oczami i powędrowałam do kuchni.
Faktycznie mocno się wkręciła... oby nie za mocno...


*
Melanie posiedziała u mnie może z godzinę, kiedy stwierdziła, że najwyższy czas zacząć powoli ogarniać najważniejsze rzeczy dotyczące wieczornego wyjścia. Dochodziła osiemnasta, a ona już chciała się szykować. Co za człowiek! No ale co zrobisz? Nic nie zrobisz...
Nie wiedziałam nawet gdzie Ashton mieszka, więc prawdopodobne było, że musimy sporo dojechać, a raczej nie było takiej opcji, chyba że Mel miała w planach tam nocować. Ja nie miałam prawka, a ona chciała ostro zabalować. Samochód nie wchodził w grę.
Więc w sumie może i miała rację z tym wcześniejszym szykowaniem się.
-Mel podaj mi błyszczyk. Leży gdzieś obok lokówki – poprosiłam czerwonowłosą, która malowała sobie rzęsy.
Ja już byłam praktycznie gotowa. Musiałam tylko zabrać jakąś torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami. W sumie bardzo dobrze, dochodziła już 21, a jak się później dowiedziałam, impreza miała się odbyć na drugim końcu miasta, jakieś piętnaście minut od domu Luke'a, czyli do pół godziny od mojego.
Już po chwili w mojej dłoni leżał błyszczyk koloru pudrowego różu. Najpierw zaznaczyłam kontury moich ust, uwydatniając je dzięki temu, po czym pociągnęłam je delikatnie różową pomadką i by wyglądały bardziej delikatnie, odcisnęłam usta na chusteczce. Na koniec dodałam odrobinę błyszczyku, dla bardziej naturalnego efektu.
Jednak nie zostało to zaakceptowane przez moją przyjaciółkę. Ku mojemu niezadowoleniu.
-Co ty robisz?- zapytała zatrzymując się z kredką do oczu w dłoni.
-Maluję się?- odpowiedziałam niepewnie.
-Nie, nie moja droga. Nie wiem czy wiesz, ale to jest Halloween. Czas, kiedy można pokazać swoje atuty, bez bycia uważaną za nie wiadomo kogo. Czas, kiedy twój makijaż ma... być. Więc zmywaj tą brzydką szminkę i nakładaj to – nakazała, pokazując mi krwistoczerwoną pomadkę, która stała na stoliku przed nią.
-Ej! Moja szminka jest śliczna! - oburzyłam się.
-Może i jest, ale nie na dziś, słońce. No pokaż tą kocicę!
Mel była na skraju cierpliwości. Widziałam to. Ona szalała ze wszystkim. Wyprostowała swoje czerwone pasma włosów, przez co jej twarz nabrała bardziej dojrzałego wyrazu. Ubrana była w swój zakupiony kostium pielęgniarki, składający się ze zwykłego białego kitla z czerwonymi wstawkami i uniformowej czapeczki. Wyglądała seksownie. Miała piękny, wyrazisty makijaż doprawiony odrobiną krwi tu i ówdzie, a na jej białym kitlu, na wysokości prawej piersi rozlałyśmy sztuczną krew, kupioną w jakimś sklepie. Bo przecież każdy normalny sklep posiada sztuczną krew...
Wszystko musiał być przygotowane wcześniej, by dobrze wyschło i dobrze wyglądało.
Do tego pozwoliła swoim okazałej wielkości piersiom ujrzeć trochę światła dziennego, czyli po prostu odpięła kilka guzików za dużo od fartucha.
Za to ja miałam na sobie kremową sukienkę i naszyjnik. Bez zbędnych dupereli. Włosy pozostawiłam rozpuszczone, pozwalając im swobodnie spływać mi po ramionach, jednak kilka pasm zakręciłam lokówką. Musiałam jeszcze założyć koronę dla bardziej oczywistego wyglądu. A do tego malowałam się tak, jakbym szła na spotkanie z rodzicami chłopaka, albo na jakiś bankiet. Było nudno i sztywno. A już na pewno nie seksownie.
Do całości także na pewno nie pasowała spora rana, tuż nad lewą piersią, nad sercem...
Na szczęście kula nie uszkodziła kości i moja ręka była już w stu procentach sprawna, a rana się zagoiła, jednak ślad po tamtym dniu, został mi już na zawsze...
Nawet Mel nie zapytała skąd się takiego „prezentu” dorobiłam. Bałam się, że ona coś wie...
-No dobra... - poddałam się i sięgnęłam po chusteczkę do demakijażu, chcąc jak najszybciej pozbyć się koloru niechcianej szminki.
Następnie nałożyłam tą wybraną przez Mel. Przyznaję, efekt był dużo lepszy. Bardziej odważny i wyrazisty. Pasował idealnie.
-Od razu lepiej, co? - skomentowała czerwonowłosa uśmiechając się.
Posłałam jej tylko głupią minę i odeszłam od lusterka. Musiałam jeszcze założyć jakiś głupkowaty diadem, dzięki której miałam być prawdziwą księżniczką. Powędrowałam po nią na piętro. Zabrałam także torebkę i wszystko co mogło mi się przydać na imprezie. Odruchowo odblokowałam ekran telefonu sprawdzając, czy Luke przypadkiem nie zadzwonił... to był już taki odruch. Wiedziałam, że nie mam na co liczyć, ale mimo to nadal gdzieś głęboko łudziłam się, że może za mną zatęskni i odezwie się.
Na próżno.
-Em?- usłyszałam głos z progu pokoju.
-Idę – odpowiedziałam szybko i schowałam komórkę do torebki, zabierając ją ze sobą.
-Gotowa?- zapytała schodząc po schodach.
-Wydaje mi się, że tak... w sumie nie potrzebny mi nawet ten telefon. Ale na wszelki wypadek może wezmę... chociaż nie – strasznie się motałam.
-Ej no zostaw go. Jeszcze zgubisz, albo jakaś świnia ci ukradnie. A klucze zostawimy u mnie w domu dla bezpieczeństwa – zabrała mi z dłoni torebkę i odłożyła ją na stolik w salonie.
-Nie będzie to dla ciebie problemem?- upewniałam się.
-Oczywiście, że nie. Chodź, idźmy już – uśmiechnęła się i pociągnęła mnie za rękę w stronę wyjścia.
Obie założyłyśmy wysokie, czarne szpilki i wyszłyśmy z domu. Zakluczyłam drzwi i schowałam brzęczący przedmiot w dłoni.
Nie wzięłyśmy z Melanie nic na ramiona, stwierdzając, że na imprezie na nic się nam nie przyda, ale nie wpadłyśmy na to, że możemy zmarznąć po drodze. Takim oto sposobem, kiedy dotarłyśmy do jej domu, po to, by zostawić tam moje klucze, zaopatrzyłyśmy się także w grube swetry. Tak późna godzina niosła ze sobą ogromny chłód. A nie uśmiechało mi się być chorą i leżeć w łóżku.
Przemierzałyśmy ciche ulice Londynu, po których echem odbijał się dźwięk stukotu naszych obcasów. Poza tym, zewsząd otaczała nas idealna cisza. Nawet żaden samochód nas nie minął. Jakby wszyscy mieszkańcy Londynu wyparowali. Albo byli na imprezach z okazji Halloween.
-Daleko jeszcze?- zapytałam Melanie. Mimo że to ja mieszkałam dłużej w Londynie, to w końcu ona znała adres. Powinna także wiedzieć jak pod niego trafić. Ja nie bawiłam się w piesze wycieczki po mieście, więc mieszkanie w nim od dzieciństwa wcale nie oznaczało znajomości każdej ulicy.
-Jeszcze kawałek – odpowiedziała, jakby oderwana od rzeczywistości.
-Mel przestań się denerwować – nakazałam jej, widząc jak z przerażeniem obserwuje każdy dom i nie skupia na niczym wzroku.
-Ja... a co jeśli mu się znudziłam? - zatrzymała się i spojrzała na mnie przestraszona.
-Co ty pleciesz? Jasne, że nie! Przecież on wpatruje się w ciebie jak w obrazek. Plus nawet nie zaczęliście być razem, więc co miałoby go skłonić do bycia znudzonym tak fantastyczną dziewczyną? - zapytałam ją. Wiedziałam, że nie odpowie, więc kontynuowałam. -Nie martw się na zapas. I proszę cię, obiecaj mi, że nie będziesz robić głupstw. Nie pozwól mu się zmanipulować. Nie znasz go na tyle, żeby mieć pewność, czy cię nie wykorzysta.
-Obiecuję – odpowiedziała spoglądając na mnie już bardziej normalnym wzrokiem.
Czyli sama nie była pewna, czy może mu ufać...
Ruszyłyśmy w dalszą drogę. Już po chwili do naszych uszu dobiegł dźwięk rytmicznej, głośnej muzyki. Po chwili ustała, a po kilku sekundach znowu zaczęła brzmieć. Tym razem inna.
-To tutaj – odpowiedziała Melanie, a ja mogłabym przysiąc, że mało brakowało, a słyszałabym jak bardzo panicznie i szybko bije jej serce.
-To oczywiste – zaśmiałam się, chcąc rozluźnić atmosferę. -Uspokój się i chodźmy już.
Stanęłyśmy przed ogromnym, białym domem. Ogradzał go drewniany płotek i krzewy. Był bardzo... elegancki... taak – elegancki... I zdecydowanie drogi...
Od razu pomyślałam, że Ash jest bogatym dupkiem, ale odgoniłam od siebie takie myśli.
Weszłyśmy na posesję i podeszłyśmy do drzwi. Oczywiście Melanie szła za mną i jak kotek kuliła się, myśląc, że obronię ją przed... w sumie niczym. Bo bała się niczego.
Nacisnęłam dzwonek, słysząc jak kilka razy rozlega się wewnątrz domu. Po moim pierwszym wrażeniu zdawałam się ujrzeć kołatkę na drzwiach, ale na szczęście nie było aż tak źle.
Już po kilkunastu sekundach drzwi otworzył nam Ashton z wielkim bananem na twarzy.
-Hej! Świetnie! Jesteście pierwsze – przywitał się.
Miał na sobie zwykłe czarne rurki i białą koszulkę z jakimś napisem. Włosy jak zwykle ułożone w istnym nieładzie, jednak dodawało mu to uroku.
-Hej... - odpowiedziałam mu lekko poirytowana jego osobą.
Oczywiście Melanie pewnie nie chciała wyjść na jakiegoś dzikusa, ani debila, więc od razu wyłoniła się zza mojej osoby.
-Cześć, Ash – uśmiechnęła się nieśmiało.
Bez słowa minęłam blondyna i wkroczyłam do domu, dając moim gołąbeczkom trochę prywatności. Kiedy się odwróciłam ujrzałam Melanie wtuloną w Ashton'a. Byli strasznie słodcy.
Z moim ust wyrwało się ciche „Ooo”, które niestety dotarło do uszu Mel i od razu zawstydzona odkleiła się od ukochanego.
-No to co? Bawimy się! WOW!- sytuację uratował drący się Ash.
Wyglądał na najszczęśliwszą osobę na ziemi. Mimo to nie byłam w stanie mu zaufać. Nadal był na mojej liście podejrzanych. Bałam się, że może skrzywdzić Melanie, a nie mogłabym patrzeć na to, jakby zachowywała się tak, jak ja przedtem. Nie byłabym w stanie jej pomóc, a to bolałoby mnie najbardziej. Choć była w tym też moja nutka egoizmu - potrzebowałam jej, jak nikogo innego. Nie mogłam jej stracić. Chciałam także odwdzięczyć jej się za to, co dla mnie zrobiła, a jaka byłaby ze mnie przyjaciółka, gdybym nie umiała jej pomóc? Nie ma lekarstwa na złamane serce.
Równocześnie zapragnęłam by ktoś też kiedyś patrzył na mnie tak, jak Ashton na Melanie...
Jednak tamtego wieczoru pozostało mi topienie smutków w alkoholu...



*około 320 zł
__________________________________________________________________________
Przechytrzyć system MADAFAKI!!!
Zapora sieciowa siadła, więc narażam się na to, że będę miała zawirusowany komputer, ale rozdział jest? Jest!
Co ja dla was poświęcam, miśki :*
A pod ostatnim rozdziałem tylko dwa komentarze :c
Mam nadzieję, że się podoba i nadal przypominam o ZAKŁADCE "PYTANIA" :) Może coś was dręczy :) Możecie zadawać tam pytania do mnie, a nawet bohaterów :*
ROZDZIAŁ NIE SPRAWDZONY ;) Jak będę miała chwilę, to poprawię co trzeba, ale jeżeli zauważycie, że coś jest nie tak, to możecie mi to napisać o tam, tam, na dole :)
Komentujcie, to motywuje :*

sobota, 13 września 2014

Ups...

No więc tak: mam maluuutki problemik...
Mianowicie mój nowy, ukochany laptop odmówił posłuszeństwa, antywirus siadł i postanowił zablokować mi dostęp do internetu. Jeeeej!
-.-
Nie mogę wejść na NIC. Ani na Facebooka, ani na Blogera, ani nawet dowiedzieć się czegoś bardzo (mało) interesującego o wojnie, albo o tym, że kotek utknął na drzewie... WSZYSTKO JEST ZŁEEEE, więc mam wszystko zablokowane.
Rozdziały pisze na komputerze w Wordzie, więc nie ma innego sposobu, żeby nie tracić kilku godzin na przepisywanie go z laptopa na telefon, niż powiedzieć wam, że czas oczekiwania na nowy rozdział jest uzależniony od tego, kiedy mój kochany tatuś zbierze się w sobie i zawiezie lapka do kogoś, kto zrobi co trzeba ;) A brak laptopa wiąże się z brakiem czegoś, na czym będę mogła pisać.
Na tą chwilę będę starała się pisać rozdziały na przód. Może dam radę. W tym tygodniu nie miałam kompletnie czasu, więc jestem w plecy, ale hej! Staram się :)
Dziękuję za wyrozumiałość i przepraszam.
Kocham was, o Matko tak bardzo!!!! ♥♥♡♡♡

środa, 10 września 2014

Rozdział 22: "Żegnaj"

Kiedy skończyłam, ukłoniłam się nieznacznie. Spodziewałam się idealnej ciszy na sali, ale jak tylko muzyka ucichła każdy wstał i zaczął klaskać.
Zaśmiałam się na ten widok i odpięłam telefon chowając go do kieszeni. Wyszeptałam tylko ciche dziękuję do mikrofonu i odłożyłam go na miejsce. Cholernie się wzruszyłam. Nawet samą piosenką. Choć sama do końca nie wiedziałam o kim była. Trochę o Melanie, która stała się jedną (a raczej jedyną) z najważniejszych osób w życiu. A trochę o Luke'u, który kompletnie miał mnie gdzieś, a mimo że ja starałam się jego także mieć, to nie byłam w stanie.
Sama piosenka wywołała we mnie tyle emocji, a jeszcze fakt, że innym się podobało... Piękna chwila. Nigdy nie okazywali tego, że cokolwiek im się we mnie podoba, czy że coś robię dobrze. Nigdy nic pozytywnego, zawsze jakaś forma obelgi. A tu nagle taka zmiana.
Zeskoczyłam ze sceny, ciągle się do siebie uśmiechając i kroczyłam ku wyjściu, a wszyscy ciągle bili brawo. Mijając rząd, w którym siedziała Melanie i Luke stanęłam i spojrzałam na blondyna. Nie musiałam czekać na jego spojrzenie. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Skupiłam się najbardziej jak mogłam, starając się wysilić coś sensownego, ale jedyne na co mnie było w tamtej chwili stać, to ciche „żegnaj” skierowane do niego. Tuż po tym - wyszłam.


~***~

*oczami Luke'a*


Nie mogłem uwierzyć w to co powiedziała. Pożegnała się ze mną. Jakby zrywała ze mną, wyjeżdżała, czy umierała.
Nie, na pewno nie tego chciałem.
Kiedy wyszła z auli, jeszcze przez dłuższy czas siedziałem tam sam i odtwarzałem w głowie jej występ. Była... niesamowita. Tego się nie da opisać słowami. Tętniła życiem. Emanowała od niej pozytywna energia. Nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej. Dlatego, że za wszelką cenę jej unikałem, mimo że mi jej brakowało.
To chyba się nazwa miłość, prawda? Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Widziałem, że nie mogę nic do niej czuć, ale czułem mimo to. Kiedy ją widziałem, miałem ochotę wziąć ją w ramiona i nigdy nie wypuścić. Całować się z nią, namiętnie i delikatnie. Ochronić przez wszelkim złem. Z innymi dziewczynami sprawa była prosta - zaliczyć i porzucić. Jej nie chciałem skrzywdzić. Choć już to zrobiłem.
Tylko za chuja nie chciałem się pogodzić z faktem, że mi na niej zależy w 'ten' sposób...
Czy ja się do chuja zakochałem?
Potrząsnąłem głową chcąc oprzytomnieć.
Otworzyłem drzwi od swojego mieszkania, następnie znajdując się już w środku, zamknąłem je. Tradycyjnie powędrowałem do kuchni i nalałem sobie czegoś, co było akurat pod ręką, czyli wody.
W połowie opróżniania szklanki mój telefon w kieszeni zawibrował. Wydało mi się to czymś dziwnym, ponieważ nie rozmawiałem z nikim przez telefon od... tego felernego dnia, kiedy porwali Emily.
Wyjąłem komórkę i spojrzałem na wyświetlacz.
Ashton dzwoni!
Odbierz          Odrzuć
Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się pustym wzrokiem w zdjęcie mojego przyjaciela widniejące na ekranie, rozważając wszelkie za i przeciw, aż w końcu nacisnąłem napis „odbierz” zaznaczony na zielono.
-Halo!- powiedziałem, a raczej warknąłem przykładając aparat do ucha.
-Co ty odpierdalasz, co?- odpowiedział mi głos po drugiej stronie.
-Mógłbym zapytać o to samo...- odszczeknąłem się.
-O co chodzi z tą dziewczyną, hmm?- zapytał z wyrzutem.
-Co?- odpowiedziałem tym samym, nie za bardzo rozumiejąc.
Zrobiłem komuś dziecko, czy jak?
-Gówno! Co ty robisz człowieku?
-Wiesz co? Odpierdol się! Nie odzywasz się do mnie tygodniami, masz mnie w chuju, kiedy najbardziej cię potrzebuję, a teraz nagle dzwonisz i mnie opierdalasz jak gdyby nigdy nic! Zastanów się, po czyjej jesteś stronie!- krzyknąłem i zakończyłem połączenie.
Westchnąłem opierając się tyłem rękami o blat kuchenny.
Wypuściłem świszcząco powietrze z ust i kręciłem ze zdenerwowaniem głową. Nie mogłem uwierzyć jak bardzo egoistyczny okazał się być mój najlepszy i jedyny przyjaciel. Ufałem mu nawet bardziej niż Melanie, czy Emmie, a on mnie tak olał. Nie odzywa się, a później nagle dzwoni i nie wiadomo co go napadło. Wkurzył mnie. Nawet wkurzył, to za mało powiedziane.
Stałem tak w kuchni, patrząc się nieobecnym wzrokiem w podłogę i myśląc, co dalej. Bo co do tej mojej przyszłości, to miałem porządne wątpliwości.
Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Cudem go usłyszałem. Był tak cichy i delikatny, że gdybym był choć odrobinę bardziej zamyślony, nie usłyszałbym go, nawet stojąc przy drzwiach. Przynajmniej wydawało mi się, że taki był... ale może to właśnie dlatego, że duchem byłem kompletnie gdzie indziej.
Poszedłem otworzyć z wahaniem stawiając kolejne kroki. Szarpnąłem klamkę, przygotowany na wszelkie ewentualności, a moim oczom ukazała się blond rozczochrana czupryna, z odrobinę przydługimi włosami, opadającymi na czoło.
-Musimy pogadać - powiedział Ashton.
-Nie mamy o czym - syknąłem i już chciałem zamknąć drzwi, ale stopa chłopaka w sekundzie znalazła się pomiędzy drewnianym przedmiotem, a futryną.
-Owszem, mamy - odrzekł poważnym i rzeczowym tonem i odepchnął drzwi. Byłem zbyt zdezorientowany, żeby odeprzeć atak i nie zdążyłem przytrzymać drzwi.
-Nie! Wypierdalaj!- krzyknąłem i pchnąłem go w klatkę piersiową.
Był ode mnie o kilka centymetrów niższy, co dawało mi lekką przewagę.
-Nigdzie nie idę. Chodzi o Emily!- szarpnał się i wszedł do domu.
Emily?
Spojrzałem na niego zszokowany, ale równocześnie zainteresowany jego słowami.
Cmoknąłem nieznacznie.
-A niby o co takiego?- spytałem niby od niechcenia i zamknąłem drzwi.
-No właśnie. Więc mamy o czym gadać - spojrzał na mnie znacząco, idąc tyłem do salonu.
-Masz pięć minut - powiedziałem po kilku sekundach zastanowienia.
Kiedyś przyjaciele, a dziś traktowałem go jak śmierdzącego, porzuconego psa.
Ashton wciągnął głęboko powietrze i rozczochrał włosy zwisające mu na czoło jeszcze bardziej.
-Wiem, że jesteś na mnie wściekły, że wtedy nie przyjechałem po ciebie i Emily, ale uwierz mi, miałem powody. Nie sądzę, żebyś był zainteresowany jakie, więc przejdę do tego, po co tu przyszedłem - zrobił krótką pauzę. -Melanie powiedziała mi, co się ostatnio między wami wyrabia...
-Skąd ty znasz Melanie?- przerwałem mu od razu.
Owszem, parę razy Melanie i Emma widziały Ashton'a, ale nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek ich sobie przedstawiał. Nie chciałem sprowadzać na nie większego niebezpieczeństwa, niż moja sama obecność przy nich. Wiedziały o gangu. Wstąpiłem tam tylko dlatego, że po jakimś czasie zaczęło mi brakować pieniędzy, rodzice przestali mi je przysyłać, a ja nie miałem za co płacić za prąd, gaz, czy wodę. Już nie mówiąc o zakupach, czy nowych ubraniach. Dopiero po jakimś czasie zaczęli znowu mnie zaopatrzać. Nie ruszało mnie to. Potrzebowałem tych pieniędzy i nie miałem zamiaru ich odsyłać.
Dziewczyny wiedziały, że to było konieczne, a nawet kiedy już miałem pieniądze, to z gangu nie da się tak po prostu odejść. Wiedziałem, że wpakowałem się już na dobre. Tak poznałem Ashton'a. Był w podobnej sytuacji do mojej, tylko z takim wyjątkiem, że on uciekł z domu i nie miał kompletnie nic.
-Tak wyszło...- jego kąciki ust nieznacznie uniosły się ku górze. -W każdym razie. Widziałem jak na nią patrzysz i to nie raz. Ty chyba sam nie wiesz co robisz - zmrużył oczy. -Przestań się zachowywać jak dupek i udawać, że nie masz uczuć!- podniósł głos.
Dlaczego Melanie mu to kurwa powiedziała...?
-A skąd ty możesz wiedzieć co ja czuję? Olałeś mnie już jakiś czas temu i chuja wiesz, o tym co się w moim życiu dzieje!- także się uniosłem.
Nie kłamałem. Naprawdę byłem wściekły, za to, co zrobił.
-Przepraszam, jasne?! Nie chciałem, żeby tak wyszło! Ale Pan Mam Genialny Plan, nie przewidział, że Sam pomyśli, że jej pomagasz! Obserwował nas wszystkich! Nie miałem szans wyrwać się niezauważony! Ja byłem najbardziej pod kluczem, bo byłem wtedy z wami! Miałem go do was zaprowadzić?!- krzyknął z wyrzutem.
Nie odpowiedziałem. Myślałem o tym, co powiedział... może mówił prawdę... Może faktycznie Sam go kontrolował... Nie wiedziałem co mam o tym sądzić.
Ashton najwidoczniej wziął moje milczenie jako chęć słuchania jego wypowiedzi dalej, bo kontynuował.
-Naprawdę. Nie mam po co kłamać. Nie mam nikogo poza tobą. Nie mam się do kogo zwrócić po pomoc. Wiesz dlaczego nie było mnie już u nas? - chodziło mu o siedzibę gangu. -Bo Sam mnie wyrzucił - uśmiechnął się gorzko. Spojrzałem na niego przerażony. -Tak, owszem - pokiwał głową, odpowiadając na moje niezadane pytanie, które zawisło między nami. -Chciałem się wymknąć. Sam mnie złapał i pobił. Od razu wziął mnie za wroga i kazał się wynosić, a nie zabił mnie tylko dlatego, że jak twierdził 'odwalałem dobrą robotę'. Myśl o tym, co chcesz, ale nie kłamię.
Patrzyłem się na niego w niedowierzaniu, a mój zwykle niewyparzony język, nagle nie chciał pomóc mi w wydobyciu z siebie jakiegokolwiek dźwięku. W efekcie stałem tylko jak ostatni kretyn i gapiłem się na Ashton'a podejrzliwie, jeszcze nie do końca mu wierząc.
-Emily jest dla ciebie idealna. Melanie powiedziała mi, jak dobry ma na ciebie wpływ. Nie powinieneś być dla niej takim chujem. Nie zasłużyła sobie na to.
-Gówno o mnie wiesz!- syknąłem.
-Nie, właśnie, że nie - odparł ze  spokojem. -Rzecz w tym, że wiem o tobie na tyle dużo, żeby wiedzieć, że czujesz do niej coś innego, niż do tych wszystkich lasek, które zaliczyłeś - odpowiedział. Trafił w mój czuły punkt. A to nie wróżyło nic dobrego.
Skrzywiłem się tylko na jego słowa.
-Twoje pięć minut już minęło - wycedziłem przez zęby.
-Luke, posłuchaj - zaczął iść w moją stronę wyciągając rękę.
-Nie! Nie będziesz mi mówił, co mam robić! To moje, życie i zrobię z nim co mi się żywnie podoba.  Nawet je skończę, jak będę miał taki kaprys!- wykrzyknąłem nie do końca świadomy swoich słów. Lecz mówiłem to, co myślałem. Miałem nieraz myśli samobójcze. Niestety.
-Nie, stary! Jestem twoim przyjacielem i mam w stosunku do ciebie pewne obowiązki, a jednym z nich, jest nie pozwolić ci pierdolić swojego życia!- odpowiedział mi tym samym.
-Chuj ci do tego!
-Powiedzieć ci coś?! Zakochałem się, wiesz?! Tak, owszem. Jestem gangsterem od siedmiu boleści i też mam uczucia i też jestem w stanie się zakochać! Taka sytuacja!- krzyknął i złapał mnie za kołnierz mojej kurtki.
Wyszarpałem się od razu i wycofałem nieznacznie.
Ashton? Zakochał? To śmieszne!
Prychnąłem w odpowiedzi i wykrzywiłem twarz w grymasie. Albo tak dobrze kłamał... albo mówił prawdę. Jednak nie mogłem się pogodzić, że nie znałem mojego kumpla nawet na tyle, że nie wiedziałem, że potrzebuje jakiejś dziewczyny na serio. Może on znał mnie lepiej i wiedział, że ja potrzebuję?
Nie!
Skarciłem się w myślach. Nie dopuszczałem do siebie faktu, że mogłem zakochać się w Emily. Ona nie była dla mnie...
-Pierdolisz...- odpowiedziałem tylko po dłuższej chwili ciszy.
-Nie, stary! Nie pierdolę, tylko mówię ci najszczerszą prawdę! Melanie jest dziewczyną, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem! Jest inna! I mnie rozumie! Więc może przestań być takim egoistą i chociaż daj Emily szansę!- zaczął coraz bardziej się unosić, a jego policzki poczerwieniały. -Jutro jest impreza, u mnie. Melanie ma zabrać ze sobą Emily. Przyjdź, pogadaj z nią. Może ona też coś do ciebie czuję, no?!
-Daj mi kurwa spokój! Nie będę się brał za jakąś biedną i porzuconą dziewczynkę. Nie potrzeba mi nikogo do robienia za kurę domową...- burknąłem.
-A więc to za to uważasz dziewczyny?- złagodniał. -Za kury domowe? Nic nie warte zabawki? To może jednak daj sobie spokój...- odwrócił się i zaczął zmierzać ku wyjściu. -Myślisz, że ile pociągniesz tak sam? Bez wsparcia? Bez nikogo do kogo mógłbyś zadzwonić w nocy i powiedzieć, że tęsknisz? Że masz problem? Bądź dalej bezuczuciowym chujem i miej w dupie wszystko i wszystkich, ale nie miej do mnie pretensji i nie przychodź do mnie, jak będziesz miał problem. Ja już ci nie pomogę... Radź sobie sam, jak tak świetnie ci idzie - spojrzał na mnie z pogardą i wyszedł trzaskając drzwiami.
Brawo Williams, spierdoliłeś po całej linii.


*oczami Emily*


-Mel!- zawołałam z zaplecza kawiarenki, nie mogąc zawiązać sobie fartuszka za plecami.
Nie otrzymałam odpowiedzi.
-Mel!- krzyknęłam głośniej i bardziej stanowczo.
W końcu poirytowana wyszłam z pomieszczenia na kawiarenkę i ujrzałam Melanie, radośnie rozmawiającą z jakimś chłopakiem przy ladzie. Ona oparta o blat i rozmarzona w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. On nonszalancko oparty o ladę i wpatrujący się w jej twarz z wręcz identycznym uśmiechem, co dziewczyna.
Pokręciłam głową na ten widok, ale zachichotałam delikatnie.
To dlatego nie słyszała...
Melanie była zapewne pogrążona w tamtym momencie w rozmyślaniach o jego „pięknych oczach, pięknym uśmiechu, pięknym ciele” i całej reszcie. W sumie miło było widzieć ja tak bardzo zatopioną w szczęściu. W koncu na tym polega przyjaźń - na cieszeniu się szczęściem drugiej osoby. Ja nie miałam zamiaru ingerować w jej znajomość z gangsterem. Nie znałam go, nie mogłam od razu skazywać go na porażkę i za wszelką cenę starać się odciągnąć go od Melanie.
-Mel, kurde, ogłuchłaś?- zawołałam do niej, starając się ją ośmieszyć przez blondynem.
-C-co?- odwróciła się od podziwianego przez nią obiektu imieniem Ashton i spojrzała na mnie znudzona.
-A wiesz... tylko znalazłam u ciebie w torebce kupon na 50% zniżki na masaż piersi, no i chciałam się zapytać, czy masz podobny na masaż pleców? Ostatnio strasznie mnie bolą... - zapytałam niby od niechcenia, bawiąc się paskiem od mojego fartuszka na pas, a kiedy skończyłam mówić, spojrzałam na dziewczynę, chcąc zobaczyć jej reakcję.
Chciałam pojechać po całości i zapytać o wibrator, czy coś, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na coś lżejszego.
-Co?- zapytała przerażona, a jej policzki po chwili zaczęły płonąć żywym ogniem. Spojrzała na zdziwionego Ashtona. -Jaki kupon?- zapytała i rzuciła się biegiem w moją stronę.
Zaśmiałam się w głoś, zwracając tym samym uwagę kilku klientów siedzących na sali.
-Żartowałam!- wydusiłam pomiędzy salwami śmiechu. -Po prostu chciałam, żebyś mi fartuszek zawiązała - powiedziałam z miną słodkiego psiaka, która trochę mi nie wyszła, ponieważ ciągle nie mogłam przestać się śmiać. I Ashton i Melanie, mieli bezcenne miny. Chwila nie do zapomnienia.
-Głupek!- walnęła mnie w ramię, a jej rumieńce powoli spełzły z jej twarzy.
-Wybacz...- ściszyłam głos. -Ale byłaś tak zajęta podziwianiem Pana Doskonałego, że nawet mnie nie słyszałaś - zaśmiałam się.
-No wybacz, że on jest doskonały - obruszyła się i założyła ręce na piersi.
-Oj no dobrze, dobrze. Wybacz mi, o pani i zawiąż mi w końcu ten głupi fartuszek. Trzeba się wziąć do roboty - pospieszyłam obrażoną czerwonowłosą.
-Pfff...- odwróciła głowę i podniosła podbródek ku górze.
-Przepraszaaam - powiedziałam i zaczęłam dźgać ją w brzuch, przez co się rozpromieniła.
-Dobra...- wywróciła oczami, a ja zadowolona z siebie podałam jej materiał, który już po chwili zawisł na moich biodrach.
-Dziękuję - zawołałam za oddalającą się dziewczyna, wracającą do Pana Doskonałego.
Wiedziałam, że kiedy tylko pokażę mu się cała na oczy, to pozna mnie i będę miała kłopoty, za niepowiedzenie Melanie o tym, że się "znamy".
Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do lady uśmiechając się. Byłam przygotowana na najgorsze, jednak to, co zrobił Ashton, powaliło mnie na kolana.
-Hej! Ty pewnie jesteś Emily?- powiedział i podał mi rękę przez ladę, co nie sprawiło mu najmniejszego problemu, ponieważ był wysoki. Ja lekko zdezorientowana, dopiero po chwili z trudem wystawiłam moją drobną dłoń za drewniany blat i uścisnęłam rękę blondyna.
-Ty to pewnie Ashton. Miło mi - uśmiechnęłam się niepewnie.
-Mnie również. Sporo o tobie słyszałem - odwzajemnił mój uśmiech, następnie posyłając go onieśmielonej Melanie i mrugnął do niej. Na jego policzkach ukazały się dwa, słodkie dołeczki, podobne do tych Luke'a, tylko większe. Jednak nadal wolałam te Luke'a...
-Mam nadzieję, że jakieś dobre rzeczy - zachichotałam.
-Wiadomo. Melanie na nikogo złego słowa by nie powiedziała - zapewnił mnie, nawet na mnie nie patrząc, tylko wpatrując się w czerwonowłosą, tak, jak ona w niego.
Ehh są siebie warci... ale słodcy też.
Wywróciłam oczami.
-Ashton... nie to żebym cię nie chciała tutaj, czy wyrzucała, albo coś, ale wiesz... my mamy pracę - rzuciłam mu znaczące spojrzenie.
-No tak! Wpadłem tylko na chwilkę. W takim razie... widzimy się jutro na imprezie, co? Mel ci pewnie powiedziała - zwrócił się do mnie. -Na dniu, będę miał parę spraw do załatwienia - znów puścił mojej przyjaciółce oczko, a ona zachichotała.
-Pewnie - zapewniłam ochoczo. Chciałam iść na tę imprezę. Mimo wszystko i wszystkich. Zapewniło mnie o tym zachowanie Ashton'a. Nie miał najwidoczniej najmniejszego zamiaru o niczym mówić Mel. I ogromnie mnie to cieszyło. Jednak miałam zamiar przeprowadzić z nią dłuugą rozmowę.
-No jasne!- odpowiedziała Melanie, uśmiechając się szeroko.
Oboje byli tak pochłonięci sobą, że zapewne nie zauważyliby nawet, gdyby kawiarenka wybuchła, albo wjechał z nią samochód.
-Do zobaczenia - wyszeptał Ashton nachylając się ku twarzy dziewczyny, po czym cmoknął ją w policzek, zdecydowanie o kilka sekund za długo.
Rzygam tęczą...
_________________________________________________________________________
Zapraszam do ZAKŁADKI "PYTANIA" :) Jeżeli chcielibyście się czegoś dowiedzieć :)
Nie mam nic od siebie, chciałabym tylko zaznaczyć, że ROZDZIAŁ JEST NIESPRAWDZONY :)
Znów nie wiem kiedy kolejny. Mam naprawdę tyle na głowie, że nie wyrabiam... Poświęcam pisaniu każdą wolną chwilę.
Mam nadzieje, że rozdział wam się podoba :) Piszcie w komentarzach.
O MATKO! MAM 5 OBSERWATORÓW! *.*

czwartek, 4 września 2014

Rozdział 21: "Love Again"...

Wkroczyłam w progi mojej w tamtym momencie już dawnej szkoły. Jak zwykle wszystkie spojrzenia skierowane były na mnie i wtedy także na towarzyszącą mi u boku Melanie.
Czerpałam z tego radość. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że każdy się na mnie patrzy. Spojrzałam na Melanie, która była takiego samego wzrostu co ja, więc tylko odwróciłam głowę na prawo. Patrzyła się na mnie wyczekująco, jakby chciała otrzymać odpowiedź na niezadane pytanie: „W porządku?”. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie i ścisnęłam ją za rękę, ciągle idąc przed siebie. Dziewczyna odwzajemniła gest i także ścisnęła mnie za rękę nie pozwalając mi jej zabrać. Po chwili zaśmiałam się sama do siebie. Głównie z tego, że nie zdawałam sobie do tamtej pory sprawy, jak fajnie jest być w centrum uwagi. Nie dostrzegałam tego, że być może ci wszyscy ludzie nie patrzą się na mnie pogardliwie tylko z powodu Naomi, która każdego dnia karmiła ich kolejnymi kłamstwami krążącymi z ust, do ust. Może tak naprawdę mi zazdrościli. Nie miałam pojęcia czego, ale przecież była taka opcja. Ludzie potrafią zazdrościć każdej błahostki.
Melanie spojrzała na mnie zdumiona poluzowując delikatnie uścisk na mojej dłoni. Ja tylko jeszcze szczerzej i serdeczniej się zaśmiałam. Czerwonowłosa pokręciła głową z niedowierzaniem i zachichotała. Zaczęłam wymachiwać naszymi złączonymi dłońmi w przód i tył, aż w końcu doprowadziłam tym do śmiechu samą Melanie.
Szłyśmy szkołą śmiejąc się, machając rękami i wygłupiając się. Każdy spoglądał na nas z oburzeniem, ale dostrzegałam także gdzieniegdzie uśmiechy, zwykle ukryte pod zasłoną pokerowej twarzy.
I wtedy to się stało.
Po mojej lewej stronie dostrzegłam Luke'a. Stał odwrócony do mnie plecami i odrobinę bokiem. Rozmawiał z kimś. A raczej ktoś mówił do niego, a on udawał, że słucha. I tym kimś była sama Naomi. Uderzyło to we mnie, jak grom z jasnego nieba. Uśmiech zszedł mi z twarzy, a dłoń wymknęła się z uścisku Melanie. Już powoli byłam na równi z nim. Już prawie...
Kiedy go mijałam, odwrócił się. Miał nieobecny wyraz twarzy. Jednak szłam dalej patrząc się na niego. Uchwyciłam jego spojrzenie w ostatnim momencie. Na początku jego oczy były puste, bez wyrazu. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, w tych niegdyś błyszczących, głębokich jak błękit nieba oczach, pojawiła się nieskończona ilość uczuć, niemożliwych do wyłapania. Najpierw radość. Później rozczarowanie, przechodzące w ból i smutek. Nie byłam w stanie dłużej podtrzymać tego napięcia, które się między nami wytworzyło. Spuściłam wzrok, a po chwili uśmiechnęłam się sama do siebie, tak jak wcześniej, teraz czując jak spojrzenie i jego, i Naomi wypala mi w plecach niewidzialną dziurę.
To wszystko trwało zaledwie kilka sekund, a zdawało się być wiecznością. Jakby czas wokół nas się zatrzymał. Ludzie także. Jakbyśmy znajdowali się w innym świecie. Naszym i tylko naszym. Niedostępnym przez żadne osoby z zewnątrz. Tylko my. I mogłoby tam być jeszcze to, co jeszcze jakiś czas wcześniej między nami było. Ale... tego już po prostu nie było.
-Em, wszystko okay?- zapytała Melanie, kiedy dotarłyśmy do mojej szafki.
-Jak nigdy dotąd - roześmiałam się.
-No dobra... to podejrzane, ale ci wierzę - położyła mi przyjacielsko dłoń na ramieniu.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi jeszcze szerzej.
-Jak dobrze, że zabrałam torbę... Sporo tu tych gratów - spojrzałam na wnętrze szafki, krzywiąc się.
Była tam masa zdjęć, kilka zeszytów. Niektóre całe pobazgrane, przez bliżej nieokreślone wzory. Jakieś gumki do włosów, materiałowa torebka na książki i same książki. Jeszcze stosik kartek z testów i takich różnych szkolnych bzdetów. Oraz kilka moich tekstów, które gwałtownie wymsknęły mi się z ręki i pofrunęły, wirując przez chwilę w powietrzu i opadając na podłogę parę metrów ode mnie.
Co one tu do cholery robią?! Powinny być w domu!
Zdenerwowałam się. Nie chciałam żeby ktoś przez przypadek zobaczył moje twory.
-Nie...- rzuciłam się do zbierania kartek, a Melanie sekundę po mnie.
Kiedy już myślałam, że zebrałyśmy wszystkie przed moją twarzą pojawił się czyjś but. Dokładniej granatowe sandałki na szpilce. Wywróciłam oczami i podniosłam się z klęczek.
-A co my tu mamy? Pani 'ofiara losu' znowu coś rozwaliła - zaśmiała się, a stojąca za nią Bethany zawtórowała jej.
-Mhm. Jasne. Jak nie masz nic ciekawego do powiedzenia, to się nie odzywaj, słońce - odpowiedziałam przesłodzonym głosem odwracając się.
-Że co proszę? O nie, nie, kochana. Nie będziesz mi tu pyskować! - odszczekała ciągnąc mnie za włosy.
Zasyczałam, a jedna z kartek, które trzymałam w dłoni znów wylądowała na podłodze.
-Taa? A bo co?- zapytałam kpiąco, sięgając po kartkę.
-Nie, nie. To jest moje - kopnęła mnie w nogę, przez co gwałtownie się wyprostowałam.
-Co ty...- zmarszczyłam czoło.
...odpierdalasz?!
Zakończyłam zdanie w myślach.
Patrzyłam na poczynania dziewczyny, która skinęła pacem na Bethany, która z kolei jak usłużny piesek, podniosła kartkę spod jej butów i wręczyła jej uroczyście. Brakowało mi tylko „Proszę, o pani” i ukłonu.
-Oddawaj to! To moje!- krzyknęłam próbując wyrwać jej kartkę.
Melanie stała tuż obok mnie, przyglądając się z przerażeniem sytuacji. Nie robiła praktycznie nic, ale sama jej obecność dodawała mi pewności siebie.
Naomi była szybka i każdy mój ruch uprzedzała tak, że za nic nie mogłam zabrać jej mojego dzieła.
-Oddawaj - wysyczałam.
Blondi z zaciekawieniem przyjrzała się kartce, która znajdowała się w górze. Nie dość, że była ode mnie wyższa, to jeszcze była na wysokich obcasach, których jakimś cudem nikt się nie czepiał. Na dodatek, kiedy podniosła rękę, mój cel był nieosiągalny.
-”Love Again”... - przeczytała tytuł mojej piosenki. -Jakie to słodkie. Może nam zaśpiewasz? - spojrzała na mnie mrugając oczami ze zdecydowanie zbyt dużą częstotliwością. Mogłyby jej się sztuczne rzęsy przypadkiem odkleić, albo się skleić, a jak ona by to przeżyła?
-No pewnie, że nie - odszczekałam się i skoczyłam po kartkę.
Wreszcie ją dopadłam.
-A co? Za bardzo cię to boli, kochanie? Chłoptaś cię nie chce? Ojojoj...- zrobiła smutną minkę kładąc palec na ustach.
-A gdzie twój chłoptaś? Zostawił cię?- także zrobiłam to, co ona.
-Ty suko!- krzyknęła i już chciała się na mnie rzucić, ale drogę zaszedł jej Luke, stając między nami.
Owiał mnie jego piękny zapach, którym się zaciągnęłam, i którzy czułam prawie każdej nocy, kiedy tuliłam głowę, do jego miękkiej poduszki. Nieraz ją podmieniałam z tą moją. Żeby tylko go poczuć.
-Uspokój się - powiedział do niej spokojnym głosem.
-Nie fatyguj się...- szepnęłam.
-Już dobrze, kochanie. Rozzłościłam się tylko - zmieniła głos na bardziej delikatny i subtelny.
Wyminęłam Luke'a, odbierając od Melanie moje teksty i zabierając z szafki moje ostatnie rzeczy, na koniec zamykając ją z trzaskiem.
-A ty gdzie? Śpiewaj!- nakazała mi Naomi wychylając się zza blondyna.
Kurwa no!
-Pamiętasz co się stało ostatnim razem? Chcesz się jeszcze bardziej upokorzyć?- zapytałam patrząc na nią nienawistnym wzrokiem.
-Pamiętam. Ale pamiętam także, że jedyna upokorzoną wtedy osobą, byłaś ty - skrzywiła się, jakby zdegustowana i wytknęła mnie palcem. Jakby kompletnie zapomniała udawać taką miłą i słodziutką przed Lukiem.
-Jasne. Jeśli tak uważasz - odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę wyjścia.
-Tchórz!- krzyknęła za mną.
No nienawidzę jej...
-Melanie... - zwróciłam się do oniemiałej i cichej dziewczyny obok mnie. -Mogłabyś? - podałam jej pudło z wyposażeniem mojej szafki.
Nie czekałam na jej odpowiedź.
Wyminęłam Naomi i uczniów, którzy jej towarzyszyli, czyli tak zwaną przeze mnie 'sforę blondi' i zmierzałam ku auli, służącej także jako sala do śpiewu. Wiedziałam, że zrozumiała moje poczynania i podąży za mną.
Kiedy już wdrapałam się na scenę, usłyszałam jak aula powoli wypełnia się ludźmi. Nie było ich wiele. Głównie tylko ci, którzy byli świadkami naszej wymiany zdań. Ale też zapewne kilka ciekawskich. Jednak nie przeszkadzała mi obecność żadnego z nich. Nawet się nie stresowałam. Pff! Ja się cieszyłam. Nie obchodziło mnie to, czy odniosę sukces, czy porażkę.
Poszłam za nasze szkolne 'mini kulisy' w poszukiwaniu gitary. Zawsze stała tam gdzieś jedna. Wygrał ją dla szkoły zespół na jakimś konkursie. Porządna sztuka. Lubiłam sobie na niej coś brzdąkać.
Nie myliłam się. Śliczna, drewniana gitara, o opalanych bokach stała sobie oparta na jej specjalnym miejscu tam, gdzie znajdowała się zawsze. Wzięłam ją do dłoni i przebiegłam palcami po strunach, sprawdzając, czy jest dobrze nastrojona. Uśmiechnęłam się sama do siebie, uświadamiając sobie, że moja piękna gitara stoi u mnie w domu, nieużywana od długiego (jak na mnie) czasu. Nie grałam nic od dni... może tygodni.
Wróciłam z powrotem na scenę (przez którą trzeba przejść, by dostać się za 'kulisy') i moim oczom ukazała się niewielka grupa ludzi, siedząca już na... 'trybunach'. Sięgnęłam po drodze po mikrofon i włączyłam go. Jakiś chłopak, zajmujący się sprawami technicznymi wlazł do mnie i podał mi krzesełko w momencie, kiedy miałam zacząć mówić.
-Dziękuję - szepnęłam do niego, uśmiechając się serdecznie.
On nigdy nie był dla mnie nie miły. Pewnie dlatego, że on sam był swojego czasu prześladowany. W sumie to ja odwróciłam od niego uwagę. Może dlatego nie uległ wpływom Naomi... albo po prostu tak jak ja - inny. Co czyniło go także wyjątkowych na swój sposób.
-Powodzenia - odpowiedział mi i podniósł do góry dłonie z zaciśniętymi kciukami.
-Dziękuję - szepnęłam mu niedosłyszalnie, a raczej tylko poruszyłam ustami.
-Cześć... - zaczęłam śmiało mówić do mikrofonu. -Mnie już zapewne znacie, a raczej nie możecie nie znać. Umm... Naomi bardzo mnie błagała, żebym zaśpiewała to dla was, więc spełniam jej marzenia - uśmiechnęłam się do niej krzywo. Na salę weszła Melanie, a tuż za nią Luke. Dziewczyna była wyraźnie zadowolona z obecności przyjaciela. Za to on patrzył wprost na mnie, kiedy szedł. -I ode mnie to chyba tyle... O! Zapomniałabym. Było mi miło być waszym królikiem doświadczalnym. Bo to całe zmieszanie, to był chyba tylko test, dotyczący zagadnienia „Czy da się komuś zniszczyć życie”, prawda? Niespodzianka! Da się - zaśmiałam się. -W każdym razie wywaliliście mnie już nawet stąd więc... do niezobaczenia. Ja wam życzę szczęścia. Wiem, wiem - ja mam zginąć najlepiej, ale przyzwyczaiłam się, spokojnie. No to, zaczynamy...- zakończyłam i zdałam sobie sprawę, że moja piosnka nie nadaje się do śpiewania na siedząco, grając na gitarze.
Rozejrzałam się ze spokojem po tłumie i rzuciłam spojrzenie na Luke'a.
Nie, nie. On nie...
Patrzyłam dalej.
Nikt nie umiał grać na gitarze, a jeżeli umiał, to na pewno by mi nie pomógł. No i nikt nie znał melodii.
Westchnęłam i wyciągnęłam z kieszeni iPhone'a, którego na szczęście miałam ze sobą.
Dziękowałam sobie w duchu, że do każdej swojej piosenki nagrywałam podkład. Podłączyłam go w odpowiednie miejsce i włączyłam piosenkę, odkładając gitarę, opierając ją o stolik. Wyjęłam mikrofon ze stojaczka, w którego wcześniej go włożyłam.
No to go...

I was lost
Alone in the dark
Broken up
Falling apart
Burning out
No sign of a spark
But thats all
Over now, over now

Ciągle miałam zamknięte oczy, ale w tamtym momencie je otworzyłam, patrząc po kolei na każdą osobę, obecną na sali.

So I ran
Ran out of groung
It's like the earth
Was pulling me down
A string of hope
Nowhere to be found
But thats all
Over now, over now

W końcu moje oczy natrafiły na Luke'a. Patrzyłam się na niego, nie chcąc jako pierwsza odwracać wzroku, ale nie zanosiło się na to, że on miał zamiar to zrobić.

My luck has finally turned
My life is a brand new world

Now I've found someone
Who meets a million lights
Who can jump like the stars in the sky
And it feels like I'm starting to love again
Yeah I've found someone
Who can make me shine so bright
Till I'm raised to the Greatest of Heights
And it feels like I'm starting to love again

Skończyłam śpiewać i w trakcie pauzy znów podziwiałam Luke'a, który cały czas patrzył się na mnie. Uśmiechnęłam się. Nie wiem czy do niego, czy tak po prostu, ale nie odwzajemnił tego. Tylko ciągle się patrzył.

I got up
and feel on my feet
I'm not afraid
of taking the lead
I'm not afraid,
afraid of a reave
Cuz that's all
over now, over now

Inside a fire burns
My life is a brand new world

Zaczęłam tańczyć w rytm muzyki. Na tyle, na ile pozwalał mi oddech, który stał się znacznie przyspieszony, a nie chciałam zacząć sapać do mikrofonu.

Now I've found someone
Who meets a million lights
Who can jump like the stars in the sky
And it feels like I'm starting to love again
Yeah I've found someone
Who can make me shine so bright
Till I'm raised to the Greatest of Heights
And it feels like I'm starting to love again

OoOoOoOH
Yeeeeah

Love Again

Hey yeah, yeah, yeah, yeah
Hey yeah, yeah, yeah, yeah
Hey yeah, yeah, yeah, yeah

Starting to love again!! **





**jak ktoś słuchał, to niech wyobrazi sobie Emily stojącą na scenie i śpiewającą to, tańcząc, czy tam ruszając się w rytm, kiedy myślała o osobie, o której to jest. Te emocje, to wszystko *.* Wczujcie się ludzie!
_______________________________________________________________________________
Szalona ja, dała radę dla was coś napisać! :)
Rozdział jest dość krótki i bez większej treści, no ale jest :) Chcieliście więcej Emily+Luke moments, więc jakiś jest ^^
Wymyślcie jakieś imię dla Emily i Luke'a (wiecie, takie połączenie imion), bo nie chce mi się ciągle pisać Emily+Luke moments :D
Nie mam pojęcia za ile następny, bo już nam się każą uczyć... Nawet mam sprawdziany i sesje zapowiedziane, do tego projekty... masakra.
Dziękuję za prawie 2500 wyświetleń! *.* :* I za wszystkie miłe słowa w komentarzach! Nawiasem mówiąc jest tutaj 69 komentarzy! Haha kc :*
Komentujcie :*